Justice League – Dream Girls (Opinia po #2 z #4)
Przypominam, że pod czerwcowy Miesiąc Dumy uraczono nas małym evencikiem rozgrywającym się na łamach „Justice League – Dream Girls”.
Koncepcyjnie? Brzmi całkiem spoczko. Całość dzieje się świeżo po „DC K.O.”, zatem nastroje członkom JLU nie opadły, natomiast Galaxy i Dreamer są pogrążone we wspólnym śnie, w którym macza palce tajemniczy Key próbujący wydobyć z Dreamer informacje jak dowalić Lidze.
Realizacja? Tu zaczynają się schody. Ciężko o większy rozgłos wokół wydarzenia, bo w przeciągu dwóch zeszytów nic szczególnego się nie wydarzyło, a akcja od początku stoi w miejscu. Wszystko sprowadza się do wydłużonych, nudnych rozmów, które niekoniecznie posuwają akcję do przodu. Do tej pory nie było ani jednego zwrotu akcji, ani jednej wymiany ciosów (wow, jednak się da tak prowadzić eventy?), więc można złapać komara. Przez krainę snów Dreamer przemyka wspomniany Key, coś tam gmera, ale wokół tego nie ma jakiegokolwiek napięcia, zagrożenia, poczucia „czegokolwiek”, więc łatwo pomylić go z randomową osobą.
Z drugiej strony są to dobrze skonstruowane dialogi, dotykają istotnych spraw (od wewnętrznych problemów/nastrojów Ligi m.in. na tle zaufania; po ideą równości – Pride Month), bardzo dokładnie wyjaśniają punkty z celnymi argumentacjami, dlatego główna myśl wybrzmiewa. Są to w teorii potrzebne treści dla konstrukcji świata, tylko nie w takiej ilości. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby rozmowy były elementem głównej serii o Lidze z ograniczeniem ich do 3-5 stron, a nie poświęcania na to aż takiej uwagi w evencie.
Event jest rozpisany na 4 zeszyty. Nie wątpię, że lekko rozkręcą historię, ale na wiele nie liczę.

