Constantine: Opinia 1. odcinka
Wróciliśmy do pierwszego sezonu „Constantine” i jest mega!
Początek jest obiecujący, bo dostajemy mroczną historię na miarę klasycznych horrorów z kiepskimi CGI, ale zachwycającymi rozwiązaniami praktycznymi, którego trzonem jest historia wywołująca dreszcze ilekroć wskakują straszydła czy mocniejsze treści…
…a tych jest całkiem sporo jak na pierwszy odcinek. Ba! Po paru minutach wyskakuje na ekran opętana kobieta z paskudnymi ślepiami, która maluje obrazy w towarzystwie owadów, co jest bardzo niepokojące. Potem rozkręca się na dobre, a zgłębianie świata demonów jest mega satysfakcjonujące – od sięgania po klasykę z „piekła rodem”, po wymyślanie demonów wpisujących się we współczesność (demon żywiący się elektryka, no genialne!). Historia nie jest odkrywcza, ale spełnia swoje zadanie, dostarcza porządnej rozrywki, nie ma do czego się przyczepić w napisaniu postaci, nawet pojawia się miejsce na ładne ujęcia czy potrzebny czarny humor
Ale czy kogoś dziwi ton serialu? Toż to klimat „Hellblazer” na całego, w czym Matt Ryan odnajduje się idealnie – wypada autentycznie jak zgryźliwy spec z wywyższonym ego, którego kontrowersyjne metody załatwiania spraw wywołuje emocje, dyskusje, ale i dają akcję z prawdziwego zdarzenia (zwłaszcza, kiedy wymyska się spod kontroli). Fakt faktem, na tym etapie kiepsko wybrzmiewa paskudna strona Constantine (wiecie, ten przyjemny gość, co nie poświęci innych do pokonania demonów), ale to się jeszcze rozkręci.
Super wrócić do „Constantine” po tylu latach. W najbliższym czasie trochę popisze o tej produkcji, po całości wystosuje się ocenę. Pierwszy odcinek dostaje solidną okejke – tylko CGI paskudnie się zestarzało, ale to bardziej powodów do uśmiechów niż wyłączenia telewizora.

