Justice League: Dream Girls (Opinia)
No i za nami minievencik „Justice League: Dream Girls” w ramach czerwcowego Miesiąca Dumy!
Wydarzenie wokół Dreamer i Galaxy, które były pogrążone we śnie. Ale nie dlatego, że dobrze im się spało. Key, pragnący zemsty na Lidze, uśpił Dreamer i pod przykrywą snów chciał wydobyć z niej informacje, którymi mógłby pokonać superbohaterów.
Z jednej strony to dobrze napisana, kameralna historia o przyjaźni dwóch głównych bohaterek, które zostały porządnie rozpisane pod kątem relacji czy przedstawienia (co nie było zaskoczeniem zważywszy na doświadczenie Nicole Maines i Jadzia Axelrod). Historia zaskakująco skalowała, mimo kameralnej akcji, ponieważ zwieńczenie przekroczyło pewne granice surrealizmu i otworzyło przestrzeń na rejony pokazujące moce Dreamer z jeszcze porządniejszym kompem.
No i nie zapominajmy o tyle, czyli wewnętrznym konflikcie Ligi Sprawiedliwości pod kątem zaufania do nowych członków, ogólnych nastrojów po „DC K.O.”. Doceniam, że znalazło się przestrzeń na poruszenie takich kwestii, bo brakuje ich w głównej serii, a uważam za dość istotne, żeby pokazać jak problemy eventowe wpływają na świat a postacie muszą mierzyć się z ich następstwami w różnej postaci (tu intensywne dyskusje były od pierwszego do ostatniego numeru).
Ale komiks wypada słabej, jeśli oceniać go przez pryzmat „event”. Właściwie… nie wiem po co go tak etykietować skoro bliżej mu do formuły wstępu do jakiegoś eventu, niż nim bycia: w historię wchodzimy z marszu; brak tu scen akcji; nikt nie jest świadom zagrożenia do ostatniego zeszytu (poza głównym sprawcą); Key jest tak bezbarwnym i ślamazarnym złoczyńcom, że łatwo przeoczyć go w tej historii (a już na pewno nie poczuć grama napięcia lub zagrożenia); wydarzenie jest tak nie rozbudowane przebiegiem akcji, że można je streścić w 3-4 zdaniach (ze szczegółami!).
Fajna historia, kiepski event, ot co.
P.S. Okładki fajne, rysunki na przyzwoitym poziomie!

