The Walking Dead: Dead City: Sezon 3 (Opinia lekko spoilerowa)
Jeszcze kilka lat temu nie uwierzyłbym, gdyby ktoś powiedział mi, że dwójka największych wrogów z uniwersum „Żywych Trupów” otrzyma własny serial. Jeszcze bardziej nie uwierzyłbym, gdyby ktoś twierdził, że będą to aż trzy sezony i że na tym się nie skończy. Ale cieszę się, bo tym większe jest moje zaskoczenie, że taki obrót spraw w ogóle miał miejsce, a serial zyskuje z sezonu na sezon!
Trzeci sezon „The Walking Dead. Dead City” zaczyna się od zwieńczenia następstw poprzedniej odsłony. Chodzi o cały wątek z Damą, który dopiero teraz doczekał się finału. Cieszę się, że twórcy zamknęli go bez zbędnego przeciągania, bo choć Dama była złoczyńczynią mocno wpływającą na losy bohaterów, jako zagrożenie nigdy do mnie nie przemawiała (nawet jeśli chodzi o zdolności manipulacyjne, no nie!). Tutaj udało się postawić kropkę nad i w satysfakcjonujący sposób zrobić z tego punkt wyjściowy dla dalszych wątków w drugiej połowie sezon. Sezonu, którego główny motyw opiera się na już dobrze przetartym schemacie tego uniwersum: bohaterowie docierają do nowej społeczności, próbują się w nią wdrożyć i, rzecz jasna, dzięki swojemu doświadczeniu szybko wchodzą na bardziej znaczące pozycje.
Sam motyw społeczności nie był niczym zaskakującym, ale jego realizację można uznać za solidną robotę. Twórcy punkt po punkcie odhaczają najlepsze elementy do wykorzystania, dzięki czemu wychodzi z tego kompletna historia, w której bohaterowie wchodzą na wrażliwe tematy (np. wewnętrzne spięcia w grupie wynikające z przestrzegania prawa) a nowe postacie jak Renata są na tyle fajnie napisane i zagrane, że polubiłem ją od pierwszych minut. Znalazł się tu też świeży powiew w postaci kolejnej grupy z własnymi napięciami, przy której nasi bohaterowie mieli więcej okazji, żeby wykazać się w rozwiązywaniu problemów. Szczególnie spodobało mi się trio Renata (Aimee Garcia), Maggie (Lauren Cohan) i Negan (Jeffrey Dean Morgan). Każda z tych postaci ma inne nastawienie, inne doświadczenia i inny sposób rozwiązywania problemów, i naprawdę doceniam, że twórcy dają każdej z nich przestrzeń, żeby uzasadnić swoje racje i pokazać konsekwencje podejmowanych decyzji, a nawet zbudować na tym konflikty rozwojowe wraz z odcinkami. Dzięki temu ten świat rządzi się prawdziwą zasadą przyczyny i skutku, a każda decyzja ma swój ciężar i odpowiedzialność. Miło było też ponownie zobaczyć Maggie w bardziej odpowiedzialnej roli, a świeżością okazało się pokazanie Negana bardziej jako mentora dla innych. To otworzyło eksplorację jego postaci na zupełnie nowych płaszczyznach, a relacja Maggie z Neganem zyskała cieplejszy, bardziej przyjazny ton, dzięki czemu mamy za sobą nie tylko wątek rozliczeniowy, ale też coś zupełnie nowego w kontekście tej dwójki po tylu latach. Zdecydowanie tego potrzebowali, żeby ich historia dalej angażowała, zamiast tkwić w jednym schemacie.
Mam jednak wrażenie, że twórcy nie do końca mają pomysł lub dryg, jak budować czarne charaktery dla Negana, skoro on sam potrafi w jednej chwili przyćmić resztę obsady. W drugiej połowie sezonu dochodzi do zwrotu akcji, dzięki któremu pewna postać wchodzi w buty czarnego charakteru – to zaskakujący element, bo cały sezon działał jak tykająca bomba, przy której było pewne, że coś pójdzie nie tak, tylko nie na tej linii. Problem w tym, że wychodzi tu typowa bolączka większości czarnych charakterów w uniwersum Żywych Trupów: nagle wszyscy zaczynają się po ich stronie opowiadać, a oni sami znikąd potrafią siać ogromne spustoszenie, kiedy wcześniej byli do odstrzału . Tutaj było identycznie i był to zdecydowanie najsłabiej poprowadzony czarny charakter w serialu, bo przez cały sezon pokazywano go jako postać niekompetentną, aż nagle wyrosło z tego coś wielkiego. Po Damie i tym zagrożeniu zaczynam się obawiać, co twórcy wymyślą w kolejnym sezonie, bo ta historia zdecydowanie radzi sobie lepiej bez sięgania po takie kombinacje. Zabrakło mi też w tym sezonie zagrożenia ze strony zombie… Już w poprzednich odsłonach ich rola była marginalna, ale tutaj zupełnie o nich zapomniano. Owszem, nieumarli gdzieś tam byli w tle, ale ich obecność była na tyle nic nieznacząca, że pisząc ten tekst, ciężko mi sobie przypomnieć choć jedną taką chwilę.
Na szczęście serial zachował swój klimat bez nich, a przede wszystkim dzięki wysokiej śmiertelności, która nie omija głównych bohaterów. W porównaniu z drugim sezonem radzę ostrożnie przywiązywać się do postaci, bo w pewnych momentach kierunek akcji może zaboleć, co odbieram jako mocną stronę. Lubię, kiedy historia nie pieści się z bohaterami, tylko traktuje próg śmiertelności na równi z innymi. Oczywiście z przymrużeniem oka w stronę Negana i Maggie, bo ci potrafią cudem wychodzić z najgorszych opresji, tam gdzie inni bohaterowie z podobnymi ranami dawno stąpaliby już po innym świecie.
Dziękujemy Canal+ za dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.
Tekst pierwotnie opublikowany na Serialomaniak.com

