Harley Quinn – Sezon 5, odcinek 7 (Opinia bezspoilerowa)
Nie jestem w pełni zadowolony po najnowszym odcinku „Harley Quinn”.
Dlaczego? Głównie przez zaburzoną nastrojowość i zmarnowany potencjał postaci. Śmierć Franka była mocnym uderzeniem – odpowiednio podbudowanym przez wcześniejsze odcinki. Nie mam zastrzeżeń do ceremonii pogrzebowej, bo była w jego stylu: słodko-gorzka, pełna czarnego humoru, który skutecznie rozładował napięcie i fajnie bawił się znajomością postaci z otoczenia. Ale wątek jego córki pojawił się zbyt szybko, przez co dramatyzm całej sytuacji stracił na znaczeniu – wszyscy od razu skupili się na uroczej roślince (która faktycznie jest urocza i już w debiucie miała kilka niezłych momentów).
Cieszy mnie za to tempo rozwoju historii. W Metropolis zaczęło dziać się dużo niebezpiecznych rzeczy, a to oznacza więcej akcji, sprytnych zwrotów fabularnych i klarowniejszych celów bohaterów np. walka z robotami miała momenty, kiedy zastanawiałem się nad losami bohaterów. Fabuła wreszcie zaczyna nabierać konkretnego kierunku, a napięcie wynikające ze zwrotów akcji dobrze trzyma w ryzach całą historię, żeby dodatkowo angażowało podczas oglądania.
Nie jestem jednak zadowolony z kierunku, w jakim prowadzone są kluczowe postacie w tym odcinku. Harley, mimo tylu sezonów, nadal nie potrafi przejąć inicjatywy i sprawia wrażenie, jakby w ogóle nie dojrzała – nadal nie dostrzega konsekwencji swoich decyzji. Brainiac natomiast stał się zbyt emocjonalny, co sprawia, że w kulminacyjnych momentach nie prezentuje sobą nic szczególnego – z drugiej strony utrzymuje świeże podejście do tej postaci, które jest zgodne z dotychczasową narracją serialu. Ale najbardziej rozczarowała mnie Lena. Od początku wydawała się inteligentna, cwana i grająca na własnych zasadach, tylko zbyt łatwo odnajduje się w każdej sytuacji i wszystko uchodzi jej na sucho, co podważa jej autentyczność jako złoczyńcy. Nie zapominajmy o schematycznym rozłamie relacji Harley z Ivy, co jest nudne po tylu sezonach.

