„Śmierć Supermana” z WKKDC

„Śmierć Superman” jest dla mnie wyjątkowym komiksem. Nie ze względu na treść, ale jego znaczenie w popkulturze i kulisy powstawania.

Crossoverowe wydarzenie było lekiem na spadająca sprzedaż komiksów o Supermanie w latach 90siątych. Kierownictwo na poważnie wzięło pomysł Ordwaya, który co zebranie krzyczał „zabijmy go”.

Pomysł okazał się na tyle trafiony, że sprzedaż poszybowała w górę. Po komiks sięgały osoby, które od lat nie interesowały się losami ikony. Kolejki co tydzień wychodziły poza witryny sklepowe, a media nagłaśniały wydarzenie – nawet w polskich mediach o tym mówiono, co jest nieprawdopodobną sprawą.

Kocham lata 90siąte za konksenwente podchodzenie do zmian w świecie komiksu. Wyobrażacie sobie, żeby teraz Batman lub Superman umarli i na czas kilku miesięcy nie ukazał się żaden komiks z ich świata?

Sam komiks nadal budzi emocje. Bardzo podoba mi się jego podbudowa. Na łamach kilku stron wprowadzone zostaje zagrożenie, które echem daje o sobie znać. Z początku jest niepozornie, ale kiedy zaczynają ważyć się ludzkie życie, a Liga jest bezużyteczna, to zdaję sobie sprawę jak poważna jest gra.

Emocje w „Śmierć Supermana” są idealnie ujęte. Zniszczenia w tle, przerażone twarze cywilów i superbohaterów, płacz najbliższych – te obrazy powtarzane co chwilę powodowały, że kupowałem te emocje i udzielały mi się one. Co kilka lat powtarzam sobie komiks. Za każdym razem działa na mnie tak samo.

Niestety główny trzon historii zestarzał się. I to bardzo. Komiks jest mało kreatywnym mordobiciem z wrogiem bez charakteru. Postacie wymieniają się pięściami, ząb za ząb i właściwie to tyle, co można opowiedzieć o przebiegu. Komiks miałby predyspozycje do bycia słabym, gdyby nie cała warstwa emocjonalna.