Venom. Tom 2 (Opinia)

„Venom 2”? Jeśli „jedynka” była przystawką, to tutaj dostajemy danie główne!

Zachwycałem się początkiem runu Ewinga i Rama V, ale drugi tom to już absolutny odlot. Autorzy wchodzą głębiej w kosmiczną psychodelę i kryzys tożsamości Eddiego Brocka. Świadomość Eddiego ewoluowała do poziomu, w którym walka o własne „ja” staje się ważniejsza niż kiedykolwiek. Lore symbiotów pęka w szwach od nowych pomysłów, a najlepsze jest to, że wszystko trzyma się kupy – scenarzyści dbają o każdy detal, budując wiarygodny i mroczny świat. Sam Eddie wypada genialnie; jego emocjonalna chwiejność jest autentyczna, a finałowe starcie to czyste napięcie.

Żeby nie było za słodko: Dylan trochę mnie irytuje. Jego wątek jest przewidywalny, a on sam bywa irytująco niekonsekwentny. W jednej scenie to dojrzały młody facet, w kolejnej dzieciak, który dobiera sobie sojuszników kompletnie od czapy. Sytuację ratuje gościnny występ pewnej bohaterki, która próbuje sprowadzić go na ziemię, ale i tu mam „ale”. Jej obecność w tej historii wydaje się wymuszona. Jasne, pasuje wiekiem, ale jej pretensjonalny styl bycia sprawił, że zamiast jej kibicować, miałem ochotę jak najszybciej przewrócić stronę.

Dziękuję Egmont za komiks. Wydawnictwo nie miało wpływu na opinię i tekst.