Manu Bennet rozczarowany finałem Deathstroke w Arrowverse

Manu Bennett odwalił kawał dobrej roboty w „Arrow” jako Deathstroke. Co nie znaczy, że był zadowolony jak skończyła jego postać…

Chyba każdy się ze mną zgodzi, że Deathstroke to jeden z przekotów w komiksowym świecie DC. Ile to bohaterów potrzeba, żeby go powalić – nawet Batman musi napocić się w walce z nim. Podobnego zdania jest odtwórca roli, który wręcz krytycznie odnosi się do finałowego rozwiązania wątku Slade’a. Przytaczając jego wypowiedź z 2017 roku dla magazynu The Music:

„I think they should have honoured the Marv Wolfman character who was literally unstoppable. I read the DC comic books and thought Deathstroke was so bad arse because they make it that nobody can stop him. He’s not even super-powered, he is just a mercenary,” explained Bennett, who also starred as a villain in Warner Bros.’ The Hobbit films. “It took the Justice League to defeat him; it took an army to take him on. In Arrow, it took a while for Oliver [Queen/Arrow] to prove his point, but [season three] was just a beating of Slade, adding insult to injury.”

Całkowicie zgadzam się z nim. Przebieg walki jest uzasadniony fabularnie, ma to ręce i nogi, ale nie oszukujmy się, że takie rozwiązanie ogołaca postać z najlepszych jego cech na rzecz innych…

źródło: Comicbook