Daredevil: Odrodzenie Sezon 2 (Opinia bezspoilerowa)

Bardzo mocno czekałem na ten drugi sezon „Daredevil: Odrodzenie”, bo wątek z Fiskiem, który tak mnie porwał w pierwszej serii, zamknął się w idealnym momencie. No i muszę przyznać: dostaliśmy konkretne zwieńczenie, które uderzyło z podwójną siłą!

Fisk na dobre rozsiadł się w fotelu gubernatora, korzystając ze swoich wpływów do załatwiania brudnych spraw, a przy okazji podejmując kontrowersyjne decyzje pod przykrywką „zapewniania bezpieczeństwa”. Oczywiście społeczeństwo widzi to inaczej, więc do akcji wkracza ruch oporu. I nie ma co ściemniać, to wyczerpująca walka, w której nikt nie bierze jeńców. Już na starcie widać bagaż ran u Matta, Karen czy samego Fiska, a im dalej w las, tym mocniej twórcy dopalają, zadając bohaterom ciosy prosto w serce. Postacie wpadają w skrajności, co jest absolutnie rewolucyjne dla ich rozwoju (szczególnie u Fiska, który musi przejść jeszcze sporo, zanim wejdzie w swój finałowy etap).

Genialnie, że znalazło się miejsce dla Bullseye’a i Jessiki Jones. Idealnie wpisali się w ten ciężki klimat, ale to Bullseye jest dla mnie bezapelacyjnym MVP tego sezonu. Nie chodzi tylko o to, jak niesamowicie wygląda w akcji ze swoimi mocami, ale o to, jak Wilson Bethel go sprzedaje. Ten jego magnetyzujący brak emocji i czysta euforia podczas robienia rzezi na ekranie… Czapki z głów, gość ma mnóstwo genialnych scen.

Sercem sezonu pozostaje jednak kontrast między Fiskiem a Mattem. Fabuła świetnie symbolizuje ich kluczowe motywy, a Charlie Cox i Vincent D’Onofrio mają ze sobą taką chemię, że ich wspólne sceny ogląda się z zaciśniętymi zębami. Ich pojedynki, zarówno te na pięści, jak i te na sali sądowej, zasługują na wszystkie możliwe nagrody. Napięcie i emocje są tam tak gęste, że można je kroić nożem.

Serial fajnie stopniuje rozmach. Zaczynamy od nastrojów społecznych podkręcanych przez propagandę Fiska (świetne nawiązanie do dzisiejszych fake newsów), przechodzimy przez polityczne mydlenie oczu, aż po wielki finał. Głos ludzi miał tu ogromne znaczenie i stworzył mocny przekaz, w którym główni bohaterowie niemal tonęli. Do pełni szczęścia zabrakło mi tylko więcej przebitek z wywiadami z mieszkańcami albo scen religijnych u Matta (w poprzednim sezonie było ich więcej, a są bardzo ważne dla budowania jego psychiki_.

Jako fan komiksowego „Daredevila” od Zdarsky’ego, z otwartymi ramionami przyjmowałem wszelkie inspiracje i rozwiązania przeniesione niemal 1:1. Ta „komiksowość” sprawiła co prawda, że niektóre akcje były mocno przerysowane, a poziom wytrzymałości bohaterów stał się wręcz nieludzki (Daredevil i Bullseye mają tu regenerację niemal jak Wolverine, serio…), ale przymykałem na to oko. Czuć w tym charakterystyczny styl MCU. Oczywiście serial stracił trochę tej przyziemności, którą tak ceniłem w starym DD, ale czy ma to znaczenie, skoro brutalność i mrok zostały na swoim miejscu? No właśnie… raczej nie!

Dziękujemy Disney+ za dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.

Tekst jest również dostępny na naszym drugim portalu Serialomaniak.com