DC K.O. #1 (Opis, Opinia)
Czekaliśmy, czekaliśmy i… doczekaliśmy się. Wystartował głośno zapowiadany event „DC K.O” czyli swego rodzaju Mortal Kombat z bohaterami DC, które wyłoni Króla Omegę, żeby raz na dobre skopać Darkseida jak równy równemu. Wydarzenie promowane z pompą, dosłownie zerowe oczekiwania z mojej strony i… no wyszło dość różnie po otwierającym zeszycie
Całość dzielimy na 3 rozdziały. Pierwszy to suche wykładanie faktów, dlaczego taki turniej musi być, czemu Darkseid jest wyjebanym koksem, no i po co się wszyscy tu zebrali. Była to najbardziej męcząca część komiksu ze względu na bez emocyjne, suche wykładanie sporej ilości faktów, które sugerują kolejny reset w uniwersum, linii czasowej, a przede wszystkim do lore NAGLE DOKŁADANE JEST MNÓSTWO FAKTÓW, które po raz X mają zmienić fundamenty i dziwnym przypadkiem nikt nigdy o czymś takim nie wiedział poza garstką osób, które dopiero teraz mają potrzebę wyłożyć to i owo. Męczy mnie to, ile do cholery można, spokojnie event można było pociągnąć bez tego wszystkiego – ale z drugiej strony mamy gruntowne wprowadzenie, które nie rzuca nas w wir wydarzeń, daje całości rozmachu i epickości, a powinno być czytelne dla każdego, kto weźmie komiks do rąk bez oglądania się na wszystko inne. Może lepiej reagowałbym na wydarzenie, gdyby nie otoczka multiwesowo-czasoprzestrzenna, bo męczy mnie „co chwilę” sięganie po tego typu rozwiązania i sprowadzania ich do jednego – nowe fakty, napierdalanka, reset.
Lepiej jest z kolejnymi rozdziałami. Drugi wprowadza lekką sielankę, budowanie napięcia ogłaszaniem wieści o turnieju przez świat, skrótowo bohaterowie przygotowują się do rozgrywki. Przyzwoita cisza przed burzą jest spoko w takich sytuacjach, a tu wyszło zwięźle i bez przeciągania. No i jest to dobry myk, żeby chwilę potem dać pierwszy konkretny szok.
Trzeci rozdział to jest zwrot o 180 stopni, bo bohaterowie robią wjazd z buta na Ziemię Darkseida, a kilkoro łotrów, bez zaproszenia, przyłącza się do imprezki, odstrzeliwują kilkoro bohaterów (W TYM BATMANA) i zajmują ich miejsce wśród walczących. Trzeci rozdział to taki Snyder w 100% bycia Snyderem, czyli koncept zrzucający kapie z nóg, ale cała akcja to „wszystko wszędzie naraz”, gdzie nie ogarnia się całej akcji bez wydłużonego skupienia, dzieją sie niemożliwie cuda niewidy jak Batman „od tak” pokonywany, ale nawet nie chce się tego analizować tylko bierze garściami i wcina jak popcorn. Fanfick z odjazdowymi konceptami, który dostarcza dozę niezobowiązującej rozrywki, do której nikt inny nie ma jaj, żeby sobie na aż tyle pozwolić (a dalej będzie tylko lepiej wierząc zapowiedzią). Mimo wszystko cieszę się, że już w teraz dostajemy (przekombinowane) rozwiązania, które rzeczywiście szokują, bo kto wie… może na podium stanie ktoś inny niż oczywisty Superman?
Od kolejnego zeszytu zaczynamy prawdziwy turniej! Spodziewam się, że przebieg (TYLU) walk będzie podobny do 3. rozdziału #1, czyli krótkie przebitki ze starć (z wyjątkiem topowych bohaterów) i po 2-3 kadrach rezultat. Na razie nie czuję się zachęcony do czytania – może oleję i ograniczę się do rzutu okiem na wyniki (które częściowo są zaspoilerowane).
P.S. W „Justice League: The Omega Act Special” Williamson zmodyfikował genezę Doomesday na potrzeby turnieju – tak w dużym skrócie: stworzono go jako broń NADZIEI do pokonania Darkseida. Niespecjalnie siada mi zmiana koncepcji, ale fakt faktem, leży ona w ramach konwencji Williamsona (do tej pory mi pasowała, poczekam jak rozwinie to)

