Hellblazer tom 1

Ilekroć na polskim podwórku słyszałem na głos wypowiedziane “Vertigo” to zarazem za tym szły dwie serie: Potwór z Bagien oraz Hellblazer. Obydwie serie zupełnie mi obecne, lecz opowiadające o przygodach dwóch lubianych przeze mnie postaci. Po nadrobieniu Swamp Thinga, nadszedł czas, aby podciągnąć rękawy i przekonać się na własnej skórze, za co tak wychwalana jest seria Hellblazera.

W pierwszym tomie Hellblazer zamieszczone zostały 4 historie, których ojcem jest jeden z moich ulubionych scenarzystów czyli Brian Azarello. To nazwisko + Constantine zrobiło mi niezły apetyt, który został zaspokojony pierwszą historią. W “ciężki wyrok” główny bohater trafia do więzienia. Constantine nie słynie z masywnej budowy ciała lub wysokich umiejętności w walce wręcz (czy też posługiwania się bronią białą), co potęgowało ciekawość, jak poradzi sobie otoczony mnóstwem kryminalistów. Przebiegłość Constantine idealnie wpasowuje się w klimat więzienny, umożliwiając mu granie na wiele frontów, rolując na lewo i prawo szychy więzienne oraz szukając ryzykownych rozwiązań w sytuacjach bez wyjścia. Od początku do końca trzymały mnie wielkie emocje oraz zaskoczenie. Azarello doskonale przez cały czas budował tajemniczą otoczkę spowita światem magii.

Każda ze czterech historii opowiada zupełnie inne, z pozoru niepowiązane ze sobą historie. Z pozoru, bowiem druga historia jest swego rodzaju kontynuacją pewnego wątku z poprzedniej. Starając się nie zdradzać co konkretnie, ujawnić mogę tylko, że Constantine trafia do pewnej wioski, kierowany osobistymi powodami, gdzie przeszłość szykuje dla niego kolejne kłopoty. Tym razem spryt Constantine spada zupełnie na boczny tor i ukazana zostaje jego samolubna strona. Z pozoru można mówić, że czarodziej stara się działać w imię pewnego dobra, lecz jasno możemy odczytać jego intencje. Finał poprzedniej historii możemy określić jako happy end, jednakże drugiej jest dosyć mocnym i ciężkim przesłaniem.

Trzecia, dość krótka historia, była dla mnie typowym zapychaczem, która nijak zapadła mi w pamięć. Przeciwnie do ostatniej historii, w której Constantine trafia do przyulicznego baru, w którym zostaje zatrzymany przez złe warunki pogodowe. Oczywiście w barze nie jest sam. Zostaje zamknięty wraz z grubą różnych od siebie osób, wśród których nie mogło zabraknąć bandytów. Podczas kryzysowej sytuacji opowiedziana zostaje legenda o seryjnym mordercy, która stanowi idealne pole do popisu Constantine. Część, która obrazuje nam kolejną twarz Constantine. Tym razem zostaje ukazany jako strategiczny manipulator, który potrafi poświęcić każdego, byle samemu móc na tym zyskać.

Rysunkowo miałem ciężko przeprawę… Okładka zrobiła mi niezły apetyt, że będzie to ciekawie zilustrowana historia. Pierwszy zawód odczułem na samym początku, gdzie szkice “Ciężki wyrok” była dla mnie paskudna. Kolory były mdłe, szkice postaci zbyt zbliżone do siebie. Wielokrotnie miałem problem, aby rozpoznać Constantine na tle pozostałych. Poprawa nastąpiła w drugiej historie. Postacie bardziej przypominały siebie, pejzaże zaczynały robić wrażenia. Jednak dalej nie było to, czego oczekiwałem.

Żałuje, że po tylu latach miałem okazję sięgnąć po Hellblazzera. Jest to bardzo dobra lektura ukazująca przygody jednego z najsławniejszych przedstawicieli świata magii DC, w które scenarzysta celowo zrezygnował z typowych wizualnych efektów rodzaju “czary mary” na bardziej tajemnicze, manipulatorskie zagrywki. Wyszło świetnie, a całość idealnie odwzorowała charakter głównego bohatera. Graficznie niestety nie było satysfakcjonująco, lecz cała reszta nadrabia!