Green Arrow

Rodzimy rynek komiksowy zaczyna być coraz ciekawszy. Największe zaległości powoli są nadrabiane, a i znajduje się miejsce na to co nowe, wartościowe i cieszące się zasłużoną popularnością. A to wszystko mają komiksy Jeffa Lemire’a, który niepodzielnie zbiera najwyższe noty od niemal dwóch lat. I to zarówno u nas, jak i za granicą. Sukces „Gideon Falls” współtworzonego z Andreą Sorrentino tylko umocnił jego i tak mocną pozycję w środowisku. Zanim jednak stworzył historię z Image Comics i zaczął pisać dla Marvela „Staruszka Logana”, duet ten miał wkład w seriiGreen Arrow” z okresu „The New 52!”.

Najlepiej jest zacząć historię od tąpnięcia, jak głosił pewien mistrz kinematografii i Lemire podąża za tą maksymą. Oliver Queen zostaje skompromitowany. Niejaki Komodo wplątuje go w morderstwo bliskiej mu osoby, wiążąc z nimi przy okazji tożsamość Green Arrowa. Tu pojawia się klasyczny motyw drogi ku odzyskaniu dobrego imienia której finał łatwo przewidzieć. Przynajmniej tak byłoby, gdyby za scenariusz odpowiadał przeciętny scenarzysta. Kanadyjski twórca nie jest banalnym rzemieślnikiem i urozmaica klasyczny model fabularny. Obok motywów w stylu street level hero pojawia się sporo orientalnych i osobistych wątków. Wszystko utrzymane w ramach szybkiego komiksy z superherosami. Aczkolwiek akcja jest rozpisana nad wyraz porządnie i nie uraczymy tu łatania fabuły kartonowym efekciarstwem. Od początku do końca „Green Arrow” to coś więcej niż kolejny komiks o przebierańcu. Jakie są ku temu argumenty?

Green Arrow na pierwszy rzut oka jest takim mniej ciekawym Batmanem. Przy wszystkich podobieństwach braku mu tak ikonicznych przeciwników i mocnych filarów mitologii. Ot taki zielony koleś z łukiem. To jednak tylko pozory. Postać Olivera Queena zbudowana jest na postawach podobnych do tych Bruce’a Wayne’a. Pozycja Arrowa w uniwersum DC umożliwia jednak autorom lekkie ubogacenie jego originu i samej postaci, bez obawy o wściekłe krzyki najwierniejszych fanów. Lemire stawia na wiele niejednoznaczności. Miesza w jego genezie, stosunkach z rodzicami, tworząc nową mitologię protagonisty. Niewiele wraca na miejsce sprzed resetu „Nowego DC Comics!” ale sporo rzeczy zaczyna się układać w logiczny sposób i łączy się dobrze z wydawaną u nas serią z „Odrodzenia” Banjamina Percy’ego. Przy tym autor nie idzie w stronę dramatu obyczajowego, w którym czuje się znakomicie, wplatając intymniejsze wątki w nieustającą akcję. Bez szkody dla niej samej.

Jeff Lemire często rysuje sam i jego styl idealnie pasujący do obyczajowej części jego twórczości. Nieco gorzej wyglądałby w dynamice komiksu superbohaterskiego. Dlatego w heroicznym tyglu często partneruje mu Andrea Sorrentino, podobnie jak Lemire, jeden z najciekawszych twórców ostatnich lat. Cechą charakterystyczną jego prac są kontrasty i odważne kadrowanie, gdzie klasyczne kwadraty zmieniają się w wymyślne figury, stanowiące nieraz element rysunku. Sorrentino dobrze czuje się w miejskim klimacie ulic i dachów, ale też egzotyczne klimaty nie są mu obce. Nieważne zresztą co przyjdzie mu zobrazować- dynamika jego prac jest dopracowana, nie zasłania błędów i niespójności ładnymi rysunkami. Istotne u niego są też barwy i w tej kwestii wspiera go tu między innymi Marcelo Maiolo, dobrze rozumiejący jego zamysł. Aczkolwiek „Green Arrow” to nie tylko sam Sorrentino. Epizodycznie pojawiają się prace Denysa Cowana i Billa Sienkiewicza, których nie trzeba przedstawiać.

Szczerze mówiąc myślałem, że Egmont jednak zdecyduje się na kontynuacje przygód Arrowa z „Odrodzenia”. Zwłaszcza że część z pośpiesznie pozamykanych serii doczekała się kontynuacji, a postać Arrowa zaczęła odgrywać nieco większą rolę po „Lidze Sprawiedliwości: Bez sprawiedliwości”. Powrót do „The New 52!” okazał się jednak dobrym ruchem i dowodem na to, że sporo jeszcze historii z tego okresu powinno ujrzeć światło dzienne na naszym rynku. „Green Arrow” jest niezwykle kompaktową pozycją dla miłośników tego herosa i jednocześnie stanowi świetny start dla żółtodziobów. Komiks ten to stuprocentowa superbohaterska rozrywka, pozbawiona wszelkich mankamentów tego typu dzieł, bez wątpienia zasługujący na wydanie w „DC Deluxe”.

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.
Komiks do nabycia w internetowym sklepie Egmontu.