Batman: Obrzęd przejścia TM-Semic 11/1991

Początki kariery nowego Robina, Tima Drake’a, który nie zasłużył sobie jeszcze na kostium. Wspólnie z Batmanem muszą rozwikłać sprawę internetowego złodziejaszka, okradającego konta bogaczy z Gotham. Śledztwo zostaje przerwane, kiedy główni bohaterowie dowiadują się z wiadomości, że rodzice Tima zostali porwani. Za porwaniem stoi Obeah, groźny voodoo, niekoniecznie spragniony fortuny.

Historia od samego początku kładzie mocny nacisk na detektywistyczne wątki. Tu coś się dzieje, tam jeszcze gorzej, a Batman i Tim nie mają żadnych konkretów, żeby złapać któregoś z przestępców. Batman wytęża skille detektywistyczne, żeby wyłapać jakieś poszlaki. Zero tu nastawienia na siłowe rozwiązywanie spraw. Tim jest idealnym uzupełnieniem swojego mentora. Obydwoje podejmują racjonalne kroki i świetnie przygląda się akcji ulokowanej w czasach, kiedy Batman nie posiadał jaskini wypełnionej po brzegi futurystycznym sprzętem tylko zdany jest na komputer, który miałby problem z odpaleniem “Wiedźmina 1” na minimalnych ustawieniach graficznych, czy kiepskiej jakości odtwarzaczem kaset VHS. Ba! Nawet jak Bruce łapie trop to pierwsze, co robi, to biegnie do domowej biblioteczki i wertuje książkowe zbiory. Tęskniłem za takim światem w komiksach. Realistyka, którą widać, a nie taka, której czytelnik musi się doszukiwać lub nadinterpretowywać.


Tim kradnie sympatię czytelnika pokazując, że wyróżnia się na tle Robinów (choć jeszcze nim nie jest). Mądry, bystry, samodzielny chłopak, nie bojący się okazywać emocji czy wdzięczności bliskim np. ciepłe słowa kierowane do Alfreda. Sprawa z rodzicami Tima wywraca wszystko do góry nogami. Chłopak przechodzi załamanie, rodzą się konflikty z jego mentorem. Alan Grant pokazał we wszystkim Batmana z nieco bardziej ludzkiej strony niż jest to aktualnie w zwyczaju. Opiekuńczy i współczujący Batman, który nie jest obojętny cierpieniu swoich bliskich. Zauważa ból podopiecznego i potrafi okazać gram wsparcia przejmując na moment obowiązki swojego kamerdynera, żeby mieć pretekst do rozmowy z Timem. Szkoda, że obecni pisarze wolą pokazywać Bruce’a jako zimnego androida zamiast opiekuńczego rodzica.


Sprawa z rodzicami Tima jest ciekawie rozwijana i nabiera fajnego tempa. Nie żałuję, że przerwana została akcja z internetowym złodziejaszkiem pieniędzy. Kompletnie nie zaciekawił mnie ten wątek. Obeah został zarysowany na bardzo konkretnego i bezwzględnego złola z głową na karku, który musi mierzyć się z obowiązkami rodzicielskimi, w czym jest beznadziejny. Z boku przewija się dość mroczna tajemnica, która bardzo mnie zaciekawiła i mam pewne oczekiwania.

Okładka? Mistrzostwo klasyki. Piękne i zarazem proste ujęcie charakterystycznej roboty Batmana nawiązujące do tego, co czeka czytelnika w środku. Rysunki w komiksie również są staranna. Podoba mi się jak artysta grał kolorami, podkreślając ważne elementy w kadrze. Do tego kapitalne ukazanie emocji na twarzach bohaterów. Nawet Batman przez swoją maskę wyraża złość, ból czy smutek.


Niestety nie jest to pełna historia. Będę wypatrywał kolejnej części, ponieważ zaciekawił mnie wątek z rodzicami Tima na tyle, że chcę zobaczyć rozstrzygnięcie na własne oczy zamiast posiłkować się wujkiem Google. “Obrzęd przejścia” jest dobrą historią o Batmanie, trzymającą formę nawet teraz. Konkretna akcja, dobre kadry podkreślające “legendarność” Batmana, fajnie napisane dialogi i co najważniejsze, całość nie jest przegadana – odpowiednia ilość tekstu względem akcji. Nie jest to historyjka pokroju tych, gdzie mamy głupkowatą historię i naciągane akcje bohaterów byle dobrnąć jakoś do końca. Jest tu zarysowana sensowna koncepcja kładąca nacisk na przyziemne sprawy, zmuszająca Batmana do posiłkowania się mózgiem zamiast mięśniami, co było charakterystyczne dla niego w tamtych czasach.