Kingdom Come. Przyjdź Królestwo

Na półki sklepowe trafił jeden z najpopularniejszych komiksów DC, nie raz będący inspiracją dla innych mediów np. wykorzystano wybrane motywy w serialowym “Crisis on Infinite Earths”. Nie można przejść obojętnie koło takiej pozycji. Zwłaszcza, kiedy wydanie jest grubsze niż standardowo. Co tam przygotował dla nas wydawca? Ciekawość zżera od środka.

Po interesującej przedmowie wgłębiamy się w 200-stronną historię. Od lat nieaktywny jest Clark jako Superman. Tajemnicze zajścia z przeszłości odwróciły jego chęć pomocy ludziom. W świecie zachodzą większe zmiany, które lada moment będą miały punkt kulminacyjny. Spectre zabiera randomowego gościa w duchową podróż. Jako duch jest obserwatorem rozwoju wydarzeń, prowadzącego do widowiskowej katastrofy. Czy przeznaczenie jest z góry określone? Jaka jest rola zwykłego faceta w nadchodzącej apokalipsie? Mnóstwo pytań, na które odpowiedzi zszokują Was.

Historia sama w sobie jest w porządku. Mamy zarysowany konkretny konflikt interesów, szczegółowo przedstawiony. Kilka wątków jest dobrze prowadzonych jednocześnie, w pewnym momencie z sensem splatane. Całość wyłożono motywami biblijnymi, dobrze operowanymi przez autora. Nie zabrakło masy easter eggów, które dostrzegą bardziej doświadczeni czytelnicy. Finał historii nie jest przewidywalny, ale nie będę ukrywał, że fabułą nie jestem oczarowany. Nie jest to typ historii mocno wyróżniającej się w porównaniu z innymi komiksami. Widać tu wiele motywów wspólnych z innymi, głośniejszymi wydarzeniami, a historia finalnie kończy się klasycznym obijaniem mord.

Komiks bardzo polubiłem i to nie za sprawą fabuły. Jest nim stworzona rzeczywistość. Koncepcja zupełnie inna od 52 wariacji zapełniających multiwersum DC. Zarysowany świat jest dojrzalszy, a bohaterowie po przejściach. Czuć po nich piętno wieku oraz wieloletniej walki ze złem. Każdy z nich obrał nowe postrzeganie pewnych sytuacji, na swój sposób sensownie argumentowane. Koncepcje rysujące bohaterów na miarę Bogów, nie zwykłych ludzi. Nie wszystkie zmiany trafiły do mnie, ale większość z nich oceniam pozytywnie – w tym zmienione kostiumy, są genialne. Nie pogardziłbym komiksowym prequelem do “Kingdome Come”, żeby lepiej poznać ten świat.

Za ilustracje odpowiada legenda rysunku – Alex Ross. Popis jego umiejętności znajdziecie na okładce. Gość ma talent w ręku. Realistyczna kreska z dbałością o każdy, nawet najdrobniejszy szczegół. Momentami realistyka jest wręcz przerażająca, czasami można pożałować braku luźniejszego tonu lepiej pasującego do niektórych czynności. Fanem Alexa jestem od wielu lat, lubię oglądać jego prace i jest to dla mnie wystarczający powód, żeby posiadać “Kingdome Come“.

Przechodzę do mojej ulubionej części recenzji – Dodatkowa zawartość. Objętość samego komiksu to 4 rozdziały, łącznie liczące około 200 stron. Egmontowe wydanie “Kingdome Come” jest obszerniejsze – blisko 400 stron! Co tam wydawca ukrył w środku, że wydali takiego grubaska? Masa ciekawych dodatków będąca rarytasem dla czytelnika np. szkice wybranych kadrów, koncepcje każdego bohatera z krótkim omówieniem jego historii (bardzo cenię sobie tą część dodatków – masa informacji przybliżająca informacje o bohaterach, które nie ujęto w głównej treści), kilka słów od twórców itd. Imponująca ilość dodatków, z którą nie spotkałem się w innych komiksach DC. Zabrakło mi czasu, żeby szczegółowo zapoznać się z każdym z nich. Na tyle, co mogłem, to przeczytałem i się zachwyciłem, resztę przeleciałem podobnie i optymizm nie opuszczał mnie – warto.

Egmont wypuścił super wydanie “Kingdome Come”, które zachęca do siebie objętością materiałów dodatkowych. Obszerna ilość ciekawych informacji, które są raptem dodatkiem do klasycznej historii. Główną treść cenię, choć nie ze względu fabularnych – liczy się dla mnie talent Rossa oraz dojrzalsza rzeczywistość pasująca do moich oczekiwań względem tematyki superbohaterów.

Dziękujemy księgarni taniaksiazka.pl za udostępniony komiks recenzencki.