Czarna Orchidea

Czytałem trochę komiksów i książek Neila Gaimana, ale to po “Sandmanie” najlepiej wspominam artystę. Wiele pochwalnych słów czytałem o “Czarnej Orchidei”, co tylko nakręciło mnie i postawiło spore oczekiwania wobec tytułu. Nie bałem się, że nie zostaną one zaspokojone. Przecież Gaiman to wyznacznik jakości, prawda? Tak było w tym przypadku.

Komiks o superbohaterce, który nie jest komiksem o superbohaterce. O co chodzi? Gaiman ugryzł temat od nieco innej strony. Strony, której scenarzyści boją się tykać palcami stawiając na historie wyładowane po brzegi przerysowanymi akcjami. Początek Czarnej Orchidei jest mocny. Główna bohaterka, a właściwie superbohaterka, zostaje odstrzelona. Susan Liden odradza się po kilku godzinach w ciele Czarnej Orchidei, i tu zaczyna się podróż w szukaniu odpowiedzi na egzystencjalne pytania.

Neil Gaiman, co już wspomniałem, zrobił coś, czego wielu przed nim nie zrobiło. Zaczął historię praktycznie od finału, żeby nadać jej nowego toru. Początek zapowiada brutalną, mocną historię. Spodziewałem się, że całość pójdzie w kierunku śledztwa, ewentualnie retrospekcji doprowadzających nas do tego punktu. Dwa pudła. Odrodzona bohaterka jest zdezorientowana w sytuacji. Próbuje dowiedzieć się więcej na temat jej egzystencji. Czuć tu inspirację “Potworem z Bagien” Alana Moore, a na dodatek pojawia się bohater tego komiksu, mając swoje 5 groszy do dodania.

Zawiedzione będą osoby preferujące typowe komiksy o superbohaterach wyładowane po brzegi akcją. Nie ma tu akcji, ani typowego humoru. Spokojna historia, powoli rozkręcająca się, opowiedziana w onirycznym klimacie. Całość zbliżona jest do jawy na śnie, z ujęciem czego poradził sobie Dave McKean, artysta znany m.in. z okładek do “Sandman” Gaimana. Piękne foto realistyczne obrazy z ujęciami surrealistycznymi (przedsmak na okładce). Świetne granie kolorami przez McKeanu oraz światłocieniem, robiąc z niepozornych kadrów prawdziwe dzieła sztuki, przy których można się rozpłynąć jak czekolada na blacie w upalne dni.

Wszystko fajnie, ładnie i pięknie. Miałem tylko problem z początkiem komiksu. Gaiman rozpoczął od serii pytań, na które długo nie mieliśmy odpowiedzi. Przez pierwsze kilkanaście, a może kilkadziesiąt, stron nie miałem zielonego pojęcia o czym jest ten komiks. Rozkoszowałem się rysunkami, kiepsko się czując, że nie wiem o co tu właściwie chodzi i w jakim kierunku to zmierza. Podszedłem ciut cierpliwiej do komiksu i po chwili obawy zeszły na ziemię. Autor z każdą stroną przybliża nam odpowiedzi i w pewnym momencie stwierdziłem, że to całkiem niezła historia. Komiks wciągnąłem na raz i odłożyłem go na regał usatysfakcjonowany, stwierdzając, że jest to kolejna pozycja, po której będę dobrze wspominał Gaimana (i McKeana!).

“Czarna Orchidea” jest bardzo dobrym i wciągającym komiksem o nietypowym scenariuszu. Nietypowe podejście do superbohaterów, którego brakowało mi. Wytchnienie od pierdyliana tytułów stawiających na widowiskową akcję. Komiksowi bliżej do sztuki niż akcyjaka. Warto sięgnąć po Czarną Orchideę. A, jeszcze jedno na zachętę – nie musicie nic wcześniej czytać przed Orchideą. Jest to historia ulokowana w świecie bohaterów DC, do której nie musicie przygotowywać się.

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego. Komiks możecie nabyć w internetowym sklepie Egmontu.