Suicide Squad. Zła krew

Zalety filmowych nowości DC? Premiery niezłych komiksów nakładem wydawnictwa Egmont. Nie inaczej przy filmie Jamesa Gunna. Niedawno do polskiej sprzedaży trafił “Suicide Squad” Taylora. Tak, tego Taylora, na którego obecnie jest niezłe parcie. Gość puszcza ciepło przyjmowane tytuły np. “Injustice” – seria, której rok pierwszy niedługo ukaże się w sprzedaży. Czy warto było czekać na nowy komiks Taylora?

Szukacie komiksu z Suicide Squad, który ma prostą, ale ciekawą i nieprzewidywalną fabułą? Z nietypowym składem, gdzie postacie są interesująco napisane? Historię, w której nie będziecie pewni losów bohaterów? Może jeszcze nieźle narysowaną? Ha! No to komiks Taylora skierowany jest własnie do Was!

Historia jest nieskomplikowana, prosta, napisana przystępnym językiem. Wszystko zaczyna się od wysłania tytułowej grupy do unicestwienia rewolucjonistów. Wymiana ognia między obiema grupami prowadzi do pierwszych trupów na polu walki. Potem grupy łączą się w jedną i zostają wysłani na misję o podłożu polityczno-gospodarczym. Sytuacja zaczyna się komplikować, bohaterowie nie są pewni komu mogą ufać. Kryminaliści układają własny plan i czym prędzej wprowadzają go w realizację. Stawką jest ich życie i bezpieczeństwo krajów. Pytanie, kto pociąga za sznurki? Przesłanki są od samego początku, ale uwierzcie, że nie przewidzicie rozwiązania. Taylor trzyma w napięciu od samego początku, co chwilę rzucając bohaterów w wir dobrej akcji. Wydarzeń, na które bohaterowie komiksu nie są odporni. Odczuwają rany, padają jak muchy.

Zaletą filmu Jamesa Gunna był skład drużyny – parę znanych postaci, reszta no name’ów dla publiki mocno nie siedzącej w temacie. Identycznie u Taylora. Jest Deadshot i Harley Quinn, reszta to nowe postacie lub o bardzo małej popularności. Świetne pole do popisu w kreowaniu relacji, charakterów, no i grobów. Szczególnie, kiedy wydawnictwo daje pole swobody twórczej. Taylor w niczym nie zawiódł. Wykorzystał potencjał drzemiący w postaciach. Nie każdemu poświęcono równą liczbę czasu, ale wykorzystano go maksymalnie. W interpretacji Taylora interesujący był nawet Zebra-Man – typ kojarzący się głównie z jednostrzałowcem i kiczem. A, zapomniałbym. Jedna z lepszych historii o Deadshotcie, w której wątek z córką został potraktowany z głową i czuć prawdziwą więź rodzic-dziecko.

Kojarzycie Bruno Redondo i Daniela Sampere’a? Dwójka uzdolnionych artystów, którzy pracowali z Taylorem przy “Injustice”. Trio dało radę przy komiksowym prequelu gry, tutaj identycznie. Świetnie narysowana historia od początku do końca. Fabularnie i graficznie pełna rekomendacja.

“Suicide Squad. Zła krew” jest najlepszym komiksem o złolach DC, który ukazał się w ostatnich latach. Nie najlepszy, ponieważ ten tytuł przypisuje serii Ostrandera z lat 80-siątych. Masa efektownej i nie przewidywalnej akcji, trochę czarnego humoru wplecionego nie na siłę, z dobrze napisanymi postaciami, dialogami i przygotowanymi rysunkami. Dostałem dokładnie, to czego spodziewałem się po komiksie z Oddziałem Samobójców. Dziesiątki nie dam wyłącznie z jednego powodu – nic na tyle ambitnego, żebym miał nie spać wrażenia i po latach opowiadać o tym wnukom.

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego. Komiks możecie nabyć w internetowym sklepie Egmontu.