Batman Detective Comics. Wojna Jokera. Tom 5

Prawdopodobnie najgłośniejszy event Batmanowy, który miał miejsce w przeciągu ostatnich miesięcy. Wałkowanie Jokera robi się nudne, ale kto pogardzi wydarzeniem zawierającym w nazwie “wojna”? Termin sugeruje ostrą wymianę ognia, brak hamulców i rzeź. Czy tak właśnie prezentuje się wojna Batmana z klaunem?

Komiks otwiera przyjemna część dedykowana Alfredowi. Rodzina Batmana zbiera się, żeby uczcić pamięć wiernego przyjaciela. Nie mogło być spokojnie. Każdy wyrzuca “ale” w kierunku mentora. Część pretensji, może i wszystkie, są słuszne. Wymiana emocji tylko nakreśla skalę problemu, i to jak ważną ikoną był Alfred. Miła wymiana zdań wieńczy niedokończona sprawa Alfreda z czasów młodości – moment, żeby poznać trochę jego przeszłości.

Część z Alfredem była świetnie napisana i narysowana. Tego potrzebowaliśmy, żeby sensownie domknąć wątek Alfreda po ostatnich kłopotach. Następnie przenosimy się do tytułowej wojny. Wojny, która jest tu naciąganym terminem, ponieważ jej nie mamy. Są grubsze sprawy z Dentem czy Talonami (zabójczą elitą Trybunału Sów), ale prawdziwej wymiany ognia nie ma. Komiks powinniśmy traktować jako wstęp do wojny z Jokerem. Klaun wykłada pierwsze karty, mobilizuje szeregi, byle zajść nietoperzowi za skórę. Pomysły są fajne, szczególnie ten z Dentem. Wątek dodał Dentowi głębi, mocniej akcentując skalę problemów psychologicznych. Sprawa z Talonami była efektowna, zaspokająca głód akcji, jeśli jakimś cudem brakowało jej po story z Dentem. Nie budziła jednak większych emocji w porównaniu z poprzednim tomem, identycznie trzeci wątek z Killer Crockiem, ponieważ były to typowe napierdzielanki. Akcja jara, ale nie wyrywa z kapci, bo nie ma czym. Plus taki, że szybko się czyta. Cały czas coś się dzieje. Dzięki temu nie jesteśmy zalewani zbędnymi dialogami.

Większość regularnych serii DC ogarniam wraz z amerykańskimi premierami. Opieram się na cyfrowych wydaniach, ponieważ nie kosztuje to miliony monet (portfel i tak wyje z rozpaczy). Po polskie wydania sięgam głównie dzięki egzemplarzom recenzenckim. Nie będę ściemniał – nie pamiętam przy tylu czytanych seriach jednocześnie, o czym był poprzedni tom w polskiej wersji językowej. Dodatkowy wpływ na to ma m.in. czas publikacji (ponad miesięczny odstęp między tomami kopie spore dziury w pamięci). Widząc “Wojna Jokera” na okładce byłem pewien, że już teraz zobaczę główny punkt tego wydarzenia, który pamiętam z angielskich wydań. Bardzo się zawiodłem, że tak nie było. Jak wspomniałem wcześniej, akcja tego komiksu jest raptem wstępem do ostrej jazdy bez trzymanki.

Ilustratorów mamy trzech. Odmienne style, co widać gołym okiem. Rysunki każdego z nich są bardzo ładne i odpowiednio dobrane do charakteru historii. Zero kręcenia nosem z mojej strony.

Okładki Bermejo w materiałach dodatkowych. Sztosik.

“Wojna Jokera” jest fajnym komiksem, który z “wojną” ma mało wspólnego. Raptem jej przedsmak. Nie rozumiem, dlaczego wydawnictwo użyło taki tytuł, ponieważ na jego początku należałoby postawić “Preludium” lub “Wstęp”, no choćby “część 1”. Kiepski chwyt marketingowy, żeby przyciągnąć czytelników do komiksu?

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego. Komiks możecie nabyć w internetowym sklepie Egmontu.