Green Lantern (2011) – Recenzja

Wróciłem do filmu „Zielona Latarnia” z 2011 roku. Hm… odbiór filmu zależy od punktu patrzenia na niego.

Film daje radę, jeżeli mam oceniać go jako niezależne, zamknięte dzieło. Całkiem dobrze bawiłem się na nim. Pomysł na historię jest spoko i mimo wielu wątków (geneza Hala, wprowadzenie Korpusu, relacja z Carol, Hector, Parallax) to udało się sensownie połączyć w jedną całość dając spójny obraz. Najlepiej świadczy o tym przedstawienie genezy Parallaxa, dodanie go w genezę Harolda, rola Strażników we wszystkim, potencjał bojowy Pasożyta i jego złożona realizacja celu koncentrująca się na ziemi. Wszystko klei się w jedną całość, historia rozwija się odpowiednim tempem, brak luk fabularnych. Fabuła była oklepana, szablonowa, co nie przeszkadza mi z racji czasu premiery – charakterystyczne dla filmów superhero przecierających szlaki. Film został dobrze zrealizowany w tej ramie, wręcz powiedziałbym, że lepiej od nowszych produkcji jak „Black Adam”, ponieważ nie odczuwałem przytłoczenia elementami, postaciami i każdy bohater dostał swój czas z tłem, dzięki czemu była to pełna postać zamiast zapełniająca tło (pod warunkiem, że ta postać miała jakiekolwiek znaczenie w historii). Niemniej pewne rozwiązania fabularne przeszkadzały mi np. Hal Jordan, początkujący GL bez podstawowego treningu, w pojedynkę pokonał Parallaxa, kiedy narracja całego filmu buduje wielgachny poziom zagrożenia wymagający specjalnej broni. Postawienie wszystkiego na Jordana było nieprzekonującym rozwiązaniem, ponieważ mowa o Latarniku, który do tego momentu potrafił mieć trudności z płynnym korzystaniem pierścienia, już lepiej w tej roli wypadłby Sinestro. No i tak poprowadzony finał rujnuje otoczkę zbudowaną wokół Parallaxa i sensu posiadania specjalnej broni na niego. Wątek ma sensu jako budowanie historii na kontynuację, której nie doczekaliśmy – niekoniecznie ma sens w kontekście tej konkretnej historii.

Obsada daje radę, wręcz uważam że mamy tu świetne castingi. Mark Strong pasuje do portretowania poważnego, stonowanego przedstawiciela Korpusu roztaczającego aurę budzącą szacunek. Blake Lively autentycznie gra silną, niezależną postać, która ma w sobie nutkę wrażliwości i uroku, a z Ryanem mieli naturalną chemię, co było istotne w ich relacji (wykraczającej poza plan). Natomiast Reynolds jest świetny w graniu niepoważnego, wyluzowanego typka bez ambicji, który przechodzi w filmie drogę „od zera do bohatera” stając się wiarygodnym superbohaterem.

„Zielona Latarnia” zestarzała się pod kątem CGI. Bardzo zestarzała się. Efekty prezentują się sztucznie, wręcz kiczowato, co najlepiej dostrzec po zaburzonych kształtach/proporcjach pewnych konstruktów. Największy problem z CGI miałem podczas scen, kiedy bohaterowie latali lub prezentowano Zielone Latarnie różnych ras np. kilkanaście latarników podczas zbiorowych scen, nie wymienię ich, ponieważ były to no name’y. To nie tak, że CGI było fatalne przez cały czas. Część wizualizacji była ładna, CGI dawało radę uzupełniająco dla charakteryzacji (Sinestro świetnie wygląda) i dobrze wykorzystano efekty specjalne do podrasowania kostiumów (atrakcyjności dawały świetliste efekty na strojach Latarni). Film powstał w 2011 roku, niejako czas wychodzenia produkcji tłumaczy to i owo, ale na projekt wywalono około $200mln… sądzę, że można było lepiej wykorzystać kasę.

ALE…

czerpali inspirację. Scenarzyści sięgnęli po klasyczne motywy z lore Latarni, wymieszali je, poddali pewnym modyfikacjom i powstał z tego mały bałagan, o który mogą czepiać się zagorzali fani Latarni oczekujących rzetelnego podejścia do tematu. Uważam, że na zmianach najbardziej ucierpieli złoczyńcy. Nie oszukujmy się, ale Hector Hammond sam w sobie jest świetnym zagrożeniem na pierwszy film, który może zbudować prestiż ikonicznego superbohatera DC. Film świetnie pokazał jego potencjał bojowy oraz traumatyczną historię budującą zły charakter z motywacjami. Niestety skopano postać przez włączenie Parallaxa w genezę Hectora, ponieważ Hector stracił na swojej niezależności, ucierpiał jego tragizm. Postać skończyła jako zabawka w czyiś rękach, którą po zepsuciu można zgnieść i wyrzucić do kosza.

Również negatywnie odbieram wizję Parallaxa, ponieważ przyjęta forma uniemożliwiła w przyszłości zbudowanie wątków reszty podmiotów emocjonalnego spektrum, a rola Strażników zabrała Pasożytowi niezależność równocześnie osłabiając go na potrzeby finału. Obrany kierunek przyćmił postać Sinestro jako inicjatora żółtego pierścienia mocy – dobrze wiemy, że w komiksie artefakt powstał przy dużym udziale Sinestro, który na tym etapie miał mocne ALE do korpusu, a tu właściwie wątek nie istnieje, co mogło być kłopotliwe w potencjalnej kontynuacji. Nie jestem przekonany do wizualizacji Parallaxa, ponieważ nie miała ona w sobie nic komiksowego, pasożytniczego czy potwornego. W tej formie przypominała mi mieszankę Swamp Thinga, Dementora i Galactusa. Odbiegało to od klasycznej prezentacji, a miejmy na uwadze, że cała reszta projektów była zbliżona do klasyki.

Uważam, że „Zielona Latarnia” z Reynoldsem nie jest tak złym filmem jak się zazwyczaj słyszy. Daleko mu do wybitnej produkcji superhero, głównie przez kreatywne pomysły scenarzystów idące w sprzeczności z komiksowymi faktami. Niemniej jest to film mający swoje zalety i w najgorszym wypadku oceniłbym go na przyjemnego średniaka gatunku. Widziałem mnóstwo gorszych produkcji, żeby tej nie stawiać tak nisko w jakichkolwiek rankingach.

Niestety w przypadku tego filmu mówimy o srogiej porażce. Odkładając na bok opinie portali, recenzentów, to film zarobił na świecie $237mln przy budżecie $200mln… Szkoda, że nie powstała kontynuacja, ale ma to sens zwłaszcza, że mówimy o studiu liczącym każdego dolara. Mark Strong dobrze wypadł jako Sinestro i wierzę, że kontynuacja mogła dostarczyć emocji oraz ciekawej historii z jego udziałem (scena po napisach)