Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera – Recenzja filmu

Pamiętacie “Liga Sprawiedliwości” z 2017 roku? Ja też, niestety. Chciałem o niej zapomnieć, ale to było tak złe, że nie może wyparować z mojej głowy. Fani latami walczyli o reżyserską wersję tego potworka, w wykonaniu Zacka Snydera, któremu z powodów rodzinnych, nie było dane dokończyć filmu tak jak planował. WB latami zapierało się, że reżyserka nie istnieje, nigdy jej nie zobaczymy, bo jej nie ma, i inne bzdety. Po kilku latach, cudem z nad Wisły, jakieś materiały się znalazły i postanowili spełnić żądania fanów. Snyder dostał od losu, konkretniej WB, niepowtarzalną szansę, żeby naprawić śmierdzące szambo WB/DC i przy okazji swoje imię, które zostało zszargane przez partactwa Whedona we współpracy ze studiem. Czy udało się Snyderowi?

Nie będę długo kazał szukać Wam odpowiedzi na pytanie – Tak, Snyder naprawił kupę z 2017 roku. Jest to zupełnie inny film. Dobry film. Z paroma wadami, które w ogólnym rozrachunku są niczym porównując je z wadami w filmie Whedona. Podczas seansu, jak i recenzji, nie udało się uniknąć porównań między nimi. Nie jest to szokujący fakt. Jakby nie patrzeć, rozmawiamy o innej wersji filmu, który widzieliśmy lata temu i echem przypomina nam o zmarnowanych 2 godzinach z kawałkiem w kinie.

Przejdźmy do rzeczy – Nie ma sensu rozgadywać się nad fabułą, ponieważ jest ona zbliżona do kinowej wersji. Słowo “zbliżona” nie zostało użyte bezpodstawnie, ponieważ są duże różnice – od dodatkowych scen nadających całości sensu, kończąc po gruntowne przebudowanie scen wliczając zupełnie inny finał, po drodze wywalając bezsensowne wstawki Whendona. Snyder poświęcił więcej czasu każdemu z bohaterów i antagoniście. Akcja nie pędzi jak Speedy Gonzales, a dodatkowe fragmenty nadają całości rąk i nóg. Zachowania bohaterów są fabularnie uzasadnione, historia tworzy zamkniętą całość, poruszane wątki są opowiedziane jak należy. Kilka kwestii zostaje otwartych. Nie z gapiostwa reżysera, a z pozostawienia furtek pod kontynuację. Nie traktujcie tego jak zapowiedź kolejnych części. Mówimy o filmie z 2017 roku. Czasu, kiedy WB miało ze Snyderem plany na przyszłość i pod uwagę brane były różne projekty. Naturalne, że wersja reżyserka ma te furtki. Bez nich nie byłaby to oryginalna wersja Snydera, o którą fani daliby się pociąć.

Dodatkowe fragmenty pozytywnie wpłynęły na wizerunki bohaterów i antagonisty. Każdy z nich otrzymał odpowiednią ilość czasu ekranowego, żebyśmy lepiej mogli poznać ich historie, motywacje, zdolności itd. To wszystko, czego brakowało w wersji Whendona, pozytywnie wpłynęło na odbiór postaci oraz relacji między nimi. W końcu poczułem, że Liga to nie przypadkowa zbieranina gości i laski będąca w jednym miejscu i czasie wyłącznie z powodu zagrożenia. Poczułem, że są to przyjaciele, którzy będą trzymać się ze sobą po wszystkim i chętnie wyskoczą razem na browarka. Dodatkowe sceny poprawiły wizerunek Flasha, który nie jest dłużej głupkowatą ciamajdą potykającą się o własne nogi. Nadal jest to speedster tracący równowagę, ale od teraz mówimy o bystrym gościu, potrafiącym samodzielnie używać mózgu w odpowiedni sposób, który wzbudza sympatię i ciężko go nie lubić. Flash jest moim ulubionym bohaterem w DC. Płakałem nad filmową kreacją z 2017 roku. Hołdy ślę do Snydera, że naprawił go i w końcu mogę powiedzieć, że lubię Ezrę w tej roli. Podobne odczucia mam względem Cyborga, Batmana i Steppenwolfa. Fischer świetnie sprawdza się w tej roli, po Afflecku nie widać, żeby był zmęczony rolą Batmana, a Steppenwolf nie jest dłużej antagonistą bez wyrazu. Dostał konkretne tło fabularne, sensowne motywy i działa sensownie. Wątek Darkseida i Apokolips jest symboliczny we wszystkim. Z jednej strony człowiek chciałby więcej Darkseida na ekranie, z drugiej mała porcja ma sens. Obecność Darkseida miała w tym filmie zarysować skalę zagrożenia, żeby w kolejnych częściach dać ziemianom popalić. Plan wypalił, a każde pojawienie się Darkseida robiło “wow, ale to skur….”.

Ze strachem podchodziłem do długości filmu. Cztery godziny? Weź tu człowieku wysiedź. Razem z partnerką zakładaliśmy, że film obejrzymy w dwóch turach po 2 godziny. Na raz wciągnęliśmy całość. Film wciąga widza, a tempo akcji jest tak dobrze rozłożone, że ani przez moment akcja się nie dłuży. Raz tylko rzuciłem okiem na zegarek, żeby zobaczyć, ile zostało do magicznej 2 godziny, po której mieliśmy wyłączyć telewizor. Okazało się, że minęły prawie 3 godziny, więc zrezygnowaliśmy z planu i oglądaliśmy dalej. Po seansie zupełnie nie odczuwałem, że mamy za sobą 4 godziny ciągłego oglądania. Brawo Panie Snyder. Nie łatwo nakręcić 4-godzinny film, który trzyma akcję i nie nuży ani na moment. Możecie potraktować mnie jako wyznacznik atrakcyjności dzieła. Od dłuższego czasu zasypiam wieczorami oglądając różne rzeczy. Zmęczenie, stres i ciągłe nerwy robią swoje po całym dniu. Snyder utrzymał moją uwagę, a nawet mnie rozbudził.

Reżyserska wersja Snydera nie jest filmem z 2017 wzbogaconym o nowe sceny. Snyder wywalił wiele scen z wersji Whedona. Uważam to za dobre decyzje, ponieważ poleciały sceny typowo humorystyczne, psujące poważniejszy klimat filmu oraz nie mające sensu. Nie znaczy to, że w produkcji Snyder brakuje humoru. Owszem, pojawia się i jest wpleciony na tyle naturalnie, że pasuje on do postaci i sytuacji. Wyważone żarciki faktycznie bawiące, a nie jak u Whedona, żenujące i robiące z postaci debili np. Flasha. Do śmieci poleciały również bezsensowne rozwiązania fabularne z kinowej wersji. Za każde z nich dziękuję. Bez nich film Snyder jest dużo lepszy w odbiorze, lepiej rozumie się postępowanie bohaterów, a i akcja jest ciekawsza.

CGI jest lepsze niż w materiałach promocyjnych. Pamiętacie pierwszy zwiastun ZSJL zaprezentowany podczas DC FanDome (jeśli pamięć mnie nie myli)? Matko jedyna, grafika na miarę gimnazjalnego poziomu (bez obrazy) zwłaszcza przytaczając animację z Darkseidem. Poziom nie adekwatny do zawartości filmu. Liga Snyder ma dopracowane efekty specjalne. Całość wypada dobrze i można się zachwycać nad jakością obrazu. Zdarzają się malutkie uchybienia, ale słowo daję, że nie mogę przypomnieć sobie rażącej mnie sceny. No dobra, przychodzi mi jedno do głowy. Sceny biegu Flasha. Przerysowane komputerowo i mało realistyczne. Odrzuca mnie sam efekt przebiegania dużych dystansów paroma susami. Wolę serialową koncepcję, której przebieranie nóżkami oraz brak miotania piorunami dookoła jest bliższe realistyce.

Pierwszy raz spotkałem się z formatem filmu 4:3. Dziwnie się czułem przez pierwsze kilka minut. Potem przyzwyczaiłem się do formatu i nie przeszkadzał mi.

Wspomniałem już, że reżyserka Snydera nie jest pozbawiona wad? W pierwszej połowie filmu nawalone jest scen slow motion. Część z nich pasuje do sytuacji i nadaje im fajnego wydźwięku, druga część jest zupełnie zbędna, wciskana na siłę. Specjalnie się nie czepiam, ponieważ scenki wizualnie były niezłe. Jednak wpychanie takiej ilości slow motion wydłużyło film. Irytacja slow motion pojawiła się wraz z kiepskim doborem ścieżki dźwiękowej. Mam wrażenie, że Snyder celowo dobierał ala anielskie chóry, żeby nadać każdej ze scen artystycznego wydźwięku. Raz czy dwa było to okej, ale im więcej, tym głowa mnie bardziej bolała i miałem ochotę wyciszyć telewizor na parę sekund. Ile można? Co za dużo to nie zdrowo.

Kolejną wadę postrzegam w epilogu. Ciężko będzie omówić go bez spoilerowania, ale postaram się – Pamiętacie z materiałów promocyjnych fotki z Jokerem i Deathstroke’m? Sceny pochodziły z dokrętek, które zostały wykorzystane w ostatnich minutach epilogu. W ostatnich minutach, które były kompletnie niepotrzebne i nic nie wniosły do filmu, nie licząc przedłużania akcji. Sekwencja trwała od 5 do 10 minut i męczyłem się przy niej niemiłosiernie – ani to miało sens, ani wyglądało ładnie.

Czy wersja Whedona była w czymkolwiek lepsza od Snydera? Jest jedna kwestia – Superman. Obaj Panowie dosyć powierzchownie potraktowali człowieczeństwo tego bohatera po ożywieniu. To, do czego zmierzam, jest kreacja bohatera “po” – U Whedona mamy optymistycznego Supermana, zbliżonego do komiksów. U Snydera wróciła wersja z “Man of Steel”. Nie zareagowałem na to optymistycznie. Nie jest to bohater, którego lubię z komiksów. Zostaje mi cieszyć się Supermanem z serialu “Superman & Lois”.

Film kończy się dedykacją dla córki Snydera, zwieńczona utworem odśpiewanym podczas jej pogrzebu. Delikatnie wzruszyłem się w tym momencie. Cieszę się, że Snyder zamieścił to w filmie. Moment z rodzinnego życia, który miał ogromny wpływ na jego prywatne i służbowe życie. Moment, który wpłyną również na nas. W pełni uzasadnione upamiętnienie.

Sceptycznie podchodziłem do danej mu szansy. Zmieniałem stanowisko wraz z publikowanymi materiałami promocyjnymi. Gorzej być nie mogło, prawda? Snyder wykorzystał daną mu szansę. Udowodnił światu, że jego wersja Ligi, oryginalna, była dobra, wręcz bardzo dobra w porównaniu z tym gównem, które trafiło do kin w 2017 roku (przepraszam za wyrażenie, ale nie mogę inaczej, mam nadzieję, że zrozumiecie). Film Whedona jest fatalny w odbiorze i przez niego fala krytyki powędrowała w kierunku nie tego reżysera, w którego powinna. Oryginalna wersja Snydera jest dobra, super się ją ogląda i napełnia ekscytacją. Nie jest to film pozbawiony wad, ale jest na tyle dobry, że sam się broni. Z czystym sumieniem daję 8 w skali 1-10. W ocenie uwzględniłem dobrze wykorzystaną przez Snydera daną mu szansę. Nie wiem, czy chcę kontynuacji Snyderverse. Jeśli miałaby powstać, niech HBO Max da szansę Snyderowi. Stacja chciała zainwestować w ekskluzywne produkcje filmowe na swoją platformę. Nad czym tu się dłużej zastanawiać? Potencjał jest, popyt również, pozytywny odbiór JL Snydera rośnie z każdym dniem. Brawo Panie Snyder, dziękuję za Twoją wersję filmu. Żałuję, że nie jest to wersja, która pojawiła się w 2017 roku.

Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera” dostępny jest na HBO GO.