Green Lantern. Z sektora kosmicznego 2814
Fajny komiks, który nauczył mnie, że Hal Jordan to egoistyczny dupek. Dlaczego fajny?
Wracamy do lat 80. Początek runu Weina, w którym Jordan powraca z wygnania i chce skupić się na ziemskich rejonach. Ale jego pragnienia spowodują, że pojawi się kolejny ziemski Latarnik.
Jest to bardzo wciągająca i energiczna historia, przy której szybko leci czas. Wir szalonych przygód, w których przeplatane są personalne wątki Jordana z jego superbohaterskimi obowiązkami. Ciężko powiedzieć mi, które treści bardziej podobały mi się, ponieważ były na równi atrakcyjne i angażujące. Ilościowo jest to dobrze wywarzone, przejścia między planami są dobrze umieszczone, dzięki czemu akcje mają, kiedy wybrzmieć, a ja złapać chwilowy oddech przed kolejnym szaleństwem.
Jordan ściera się z różnego kalibru złoczyńcami. Raz jest to rekin z psychopatycznymi mocami, innym razem ekipa od rozbiórek, aż przeskakujemy do kosmicznych końców światów. Nie da się nudzić, śmiechu i zabawy co niemiara, całość składa się na pokazanie co jest dla Jordana najważniejsze w życiu – na tyle jest to wyraziście pokazane sytuacjami z otoczenia Hala i komentowane jego przemyśleniami, że mogłem ustosunkować się do sytuacji (no i nabrałem bardzo negatywnego stosunku do Hala, najchętniej skopałbym mu tyłek).
W pewnym momencie następuje zmiana warty. Wątek jest fajnie poprowadzony i miłym urozmaiceniem jest przyglądanie się jak inna postać respektuje obowiązki i na co go stać (akcja na tamie jest najlepszym przykładem, że wybrano odpowiedniego kandydata, który kreatywnie myśli pod presją czasu). Wprowadza to masę świeżości oraz nakręca relacje między bohaterami.
Poza tym „typowa” historia z lat 80. czyli: mnóstwo akcji, zabaw losami bohaterów i ich zdolnościami (macki łapiące kule, mistrzostwo), dużo pobocznych wątków koncentrujących się na postaciach drugo/trzecioplanowych. Do tego ładne ilustracje trzymające równy poziom od początku do końca. Lubię takie komiksy.


