„Upadek Graysona” (Opinia)
„Upadek Graysona”? Odpowiednie zwieńczenie mojej ulubionej serii, choć z kilkoma „ale”.
Wszystko, co dobre, musi się kiedyś skończyć. Nie inaczej jest z jedną z moich ulubionych serii, czyli „Nightwingiem” Taylora… Na finał pozostawiono starcie z Heartlessem, którego wcześniej wielokrotnie krytykowałem za słabe prowadzenie. Tym razem jednak złoczyńca w końcu nabiera charakteru, odsłania swoje karty i przechodzi do otwartego konfliktu z Nightwingiem rozgrywanego zarówno na poziomie superbohaterskim, jak i prywatnym.
Starcie z Heartlessem to zdecydowanie najmocniejszy element historii. Wreszcie złoczyńca zaczyna coś sobą reprezentować; konflikt zyskuje odpowiednio osobisty ton, dając Graysonowi prawdziwy powód (nie tylko klasyczną walkę ze złem), by stanąć do boju. Heartless ma też kilka dobrze przemyślanych, mocno przekombinowanych asów w rękawie, które sprawiają, że Nightwing naprawdę musi się nagimnastykować zanim sprowadzi rywala do parteru. Dodatkowo konfrontacja odsłania nowe fakty z przeszłości Graysona – nie były one niezbędne, wręcz można dyskutować czy były zbędne, ale dostarczyły kilku fabularnych zaskoczeń i wprowadzając delikatną rewolucję w mitologii postaci dzięki czemuś „coś” zostaje z nami na dłużej (a to zawsze na plus, prawda?).
Skąd więc niedosyt? Przede wszystkim z niepotrzebnie dorzucanych w tym etapie serii nowych wątków, które odciągały uwagę od głównego konfliktu i nie miały większego sensu. Najbardziej zbędny okazał się nagle wprowadzony lęk wysokości Graysona. Pojawiał się impulsywnie, nie sprawiał wrażenia realnego problemu, bo bohaterowie traktowali go mało poważnie, a sposób radzenia sobie z nim był zbyt przekombinowany… Motyw podróży, który miał nieść emocjonalny ciężar, zajmował sporo miejsca, ale ostatecznie prowadził donikąd, a finał rozwiązania nie miał ani wybrzmienia, ani logiki (idąc tym tokiem… mógł to rozpracować na samym początku komiksu bez całego afiszu). Drugim zbędnym wątkiem była geneza Bei, dorzucona w chwili, gdy postać i tak nie odgrywała żadnej roli w głównej historii. Jej wątek sztucznie przeciągał akcję i nie wnosił niczego istotnego (spokojnie można było go pominąć). Kilka pomniejszych elementów jak Bruce zastępujący Nightwinga również można uznać za zmarnowany potencjał – choć to już bardziej drobne narzekania wynikające z tego, że chciałoby się zobaczyć więcej.
Za rysunki odpowiada Bruno Redondo (przynajmniej za większość tomu) i tradycyjnie stanął na wysokości zadania. Jego styl zachwycał mnie za każdym razem, gdy siadałem do lektury, i tak samo jest tutaj!
Dziękuję Egmont za komiks. Wydawnictwo nie miało wpływu na opinię i tekst.


