Batman. Mroczne więzienia. Tom 5 (Opinia)

Finał „Batmana” od Zdarsky’ego? Wielkie bum i fabularne znaki zapytania

No i stało się – run Chipa Zdarsky’ego w głównej serii o Batmanie dobił do brzegu. Bruce kontra Zur-En-Arrh, czyli starcie, na które czekaliśmy. Jak wyszło? Wizualnie to absolutny kosmos. Jorge Jimenez ponownie udowadnia, że jest mistrzem w swoim fachu, a każda scena walki to czysta rozrywka i dynamika. Postacie działają sprytnie, adaptują się do sytuacji i po prostu miło się na to patrzy. Ale… sam finałowy pojedynek pozostawia spory niedosyt. Po tym, jak przez kilka tomów budowano obraz Zura jako siły nie do powstrzymania, jego ostateczne pokonanie wypadło mało przekonująco.

Niestety, Zdarsky znów wpadł w tę samą pułapkę: akcja pożarła fabułę. Momentami czuć, że widowisko było ważniejsze niż sensowne domykanie wątków. W finale dostajemy kilka zwrotów akcji, które wydają się wrzucone na kolanie, byle tylko zostawić po sobie jakiś status quo w Gotham. Uczynienie Vandala Savage’a komisarzem? To jeden z tych pomysłów, które są tak „z czapy”, że aż trudno brać je na poważnie.

Jaki jest ostateczny werdykt? Run Zdarsky’ego to list miłosny do „zajebistości” Batmana. To była świetna zabawa dziedzictwem bohatera, która dostarczyła mi masy frajdy i na pewno nie żałuję czasu spędzonego przy tych komiksach. Szkoda tylko, że scenariusz pędził na złamanie karku. Motywy wrzucane „ot tak”, bez chwili oddechu, sprawiły, że historia nie wybrzmiała tak mocno, jak na to zasługiwała. Czysta rozrywka – tak. Wielkie dzieło – niekoniecznie.

Dziękuję Egmont za komiks. Wydawnictwo nie miało wpływu na opinię i tekst.