WKKDC #69 – Superman/Shazam: Pierwszy grom

Wielka Kolekcja Komiksów DC przez wielu złośliwie nazywana jest kolekcją Supermana i Batmana. I szczerze przyznam, że sporo w tym racji, gdyż duet ten dominuje prasowy zbiór Eaglemoss. Na szczęście pojawiają się też bohaterowie, którzy z Gotham i Metropolis nie mają wiele wspólnego. W “Superman/Shazam: Pierwszy grom” sytuacja jest zrównoważone. Superman tu występuje, lecz uczciwie dzieli uwagę czytelnika z Shazamem, tworząc tandem bohaterów o typowo “siłowych” mocach, lecz opartych na zupełnie różnych źródłach a tym samym się uzupełniających.

Superman jest kuloodporny, gnie stal, ma laserowy wzrok i mrożący oddech. Ma też wiele innych uzdolnień, ale są też rzeczy, które dają się mu we znaki i wcale nie chodzi o kryptonit, a magię. Źródło mocy Kal-ela tkwi w Słońcu i dalekie jest od jakichkolwiek magicznych manipulacji. Jego kryptonijska biologia czerpie energię z żółtej gwiazdy i daje mu wyżej wymienione umiejętności. Inaczej jest z Shazamem. Źródło jego mocy oparte jest na mistyce lecz sytuacja personalna to już dużo bardziej skomplikowana sprawa.  Kal-el ukrywając swą tożsamość, używa kilku kosmetycznych trików, o dziwo całkiem skutecznych. Billy Batson zaś nie musi martwić się o maskę czy jakikolwiek inny strój chroniący jego personalia. Ot drobny chłopak zmienia się w peleryniarza o zapaśniczej posturze po wypowiedzeniu jednego słowa. I Billy nadal może być sobą, lecz taka wygoda może być jednak niebezpieczna. Zwłaszcza jeśli jest się nieco nadto zuchwałym i pewnym siebie małolatem.

Przyznać muszę, że Juddowi Winickowi udało się stworzyć ciekawą relację między siłaczami w pelerynach. Szczególnie podobały mi się drobne przechwałki tężyzną. Co ciekawe, Billy wcale nie górował nad Clarkiem w kwestii zachwycania się jego i swoją potęgą. Pomyśleć można, że wobec takiego duetu nikt nie odważy się wychylić się głowy. Prędko okazuje się, że jest inaczej. Przeciw herosom działania wszczynają Lex Luthor i Sivana. Ta para podobna jest do siebie w podobnym stopniu co ich przeciwnicy. Bogaci, knujący raczej w cieniu niż wystawiający się na otwarty konflikt i mający obsesję na punkcie fruwających bohaterów w pelerynach. No i łysi. Do spiskowania badassów dochodzi mroczna magia, z którą Superman wyraźnie sobie nie radzi, a Shazam w całej swej młodzieńczej buńczuczności nieco ignoruje. Jak zresztą wiele spraw istotnych w  życiu herosa.

Joshua Middleton to autor przeze mnie szanowany a po lekturze “Superman/Shazam: Pierwszy grom” darzę go jeszcze większą sympatią. W jego pracach czuć lekkość lotu, do którego często zrywają się bohaterowie. Przy tym wszystkim umiejętnie unika pomnikowości. Miejscami Kapitan Marvel wygląda jak młodziak, który obudził się w ciele dorosłego, co zresztą jest w pewnym sensie prawdą. Odwrotnie jest z Supermanem. Momentami Middleton nadaje mu wręcz ojcowskiego wyrazu twarzy. W scenie z Czarodziejem przypomina wręcz rodzica, który oburzony wpada do pokoju niesprawiedliwego nauczyciela. Nie ukrywam, że moim gustom komiksowym bliżej do mroczniejszej strony superbohaterstwa, lecz widok dwóch ikon wspólnie toczących boje ma w sobie coś, co chwyta za serce.

“Superman/Shazam: Pierwszy grom” to dobra superbohaterska pozycja. Autorowi jasno udaje się pokazać różnice między dorosłym Supermanem, a z racji swej tożsamości, nieco zdziecinniałym Kapitanem Marvelem. Obawiałem się, że otrzymam prostą historyjkę, która przyciągnąć ma jedynie głośnymi markami, jakimi są obaj panowie i niezobowiązującą akcją. I trochę z tego się spełniło, bowiem scenariusz Winicka nie jest filozofującą opowieścią, powiedziałbym nawet, że oscyluje na granicy mojej tolerancji względem przygód superherosów. Ostatni zeszyt ratuje jednak cały scenariusz, który miejscami nadmiernie przyśpiesza. Finalnie tom ten jest pozycją ciekawą, wartą szczególnie poznania ze względu na mądrze napisane personalne wątki między protagonistami. W kinach króluje “Shazam” i przyznam, że cieszy mnie fakt, iż filmowa część DC nabiera wiatru w żagle. O wiele bardziej czekam na kolejne komiksy z magicznym herosem, którego u nas jest naprawdę za mało.