Hellblazer: Wzlot i Upadek

Tom Taylor serfuje na fali popularności. Zasłużenie, ponieważ jego komiksy są dobre, a brak barier (z wyjątkami jak „Nightwing”) pozwala mu rozwinąć skrzydła. Coraz więcej komiksów Taylora w polskim wydaniu. Ogromny powód do radości. Gdyby jakiś cudem nie przekonały Was „DCeased” lub „Injustice”, pojawił się nowy punkt zaczepny – „Hellblazer”.

Ilu to już demonom Constantine zaszedł za skrzydła? Ciężko zliczyć Komiks Taylora sprowadza kolejnego do kolejki. Tym razem demon z młodzieńczej przeszłości ekscentrycznego maga, kiedy to hulał sobie i testował czary bez chwili namysłu. Demon powraca silniejszy, niż dawniej. Constantine musi skorzystać z pomocy przyjaciółki policjantki i… Lucyfera! Czy sobie poradzą? Mówimy o komiksie wydanym w ramach „Black Label”. Imprincie, w którym wszystko może się wydarzyć. Brak barier.

Taylor kolejny raz odwalił kawał dobrej roboty. Nieszablonowe podejście do tematu, oryginalne i zwięzłe dialogi, garściami czerpanie ze świata danej postaci biorąc to co najlepsze, nie zapominając o czymś nowym. Jeden z nielicznych scenarzystów rozumiejących pisane przez niego postacie, prawidłowo je przedstawiając bez zbędnego kombinowania. Moje słowa potwierdza jego interpretacja Johna w omawianym „Hellblazer”, o którą byłem i tak spokojny po kontynuacji „DCeased”, gdzie mag pojawił się i troszkę namieszał. Taylor zgrabnie łączy przeszłość Constantine’a z teraźniejszością tworząc neutralne pole, w którym odnajdą się czytelnicy nieznający Johna. Taylor daje prawdziwe popisy scenariuszowe, kiedy jego kreatywność nie jest ograniczana w żaden sposób. Tu tak było, a wszystko za sprawą „Black Label” – imprintu, w którym scenarzyści mogą pozwolić sobie na wszystko i nikt im nie da linijką po łapach.

Komiks dobrze się czyta do końcówki. Finał jest przekoloryzowany. Skala zagrożenia została poprowadzona w takim kierunku, że do jego rozwiązania przydałaby się Liga ze wszelkimi zasobami. Zbyt spektakularnie, żebym miał uwierzyć w kompetencja Johna.

Przechodząc do rysunków, na wstępie trzeba zaznaczyć, że komiks ukazał się w większym formacie. Nieporęczny format w czytaniu lub dostawieniu na domową półeczkę, ale robiący „wow” w trakcie czytania. W formacie odnalazła się mroczna kreska Robertsona, która nie była w żaden sposób ugrzeczniana – chcecie iście krwistych kadrów wykręcających flaki? Macie to jak w banku.

Ręczę za „Hellblazer: Wzlot i Upadek”. Mroczna i brutalna opowieść z magiem, którą czyta się jednym tchem. Historia jest zwięzła, bez zbędnego pitulenia. Przechodzimy od konkretu do konkretu, zgłębiając brudną stroną głównego bohatera. Na nudę narzekać nie można, na brutalność już tak, jeżeli kogoś brzydzą takie tematy i oczekiwaliby po komiksie kucyków, łaskotek, tęcz i co tam sobie jeszcze wymyślą. Brać, czytać i zachwycać się. Tak radzę.

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego. Komiks możecie nabyć w internetowym sklepie Egmontu.