Flash: Póki czas się nie zatrzyma (Opinia)
„Póki czas się nie zatrzyma„? Historia wywołująca skrajne odczucia…
„Póki czas się nie zatrzyma” to drugi tom serii Spurriera, w którym sprzymierzeńcy Wally’ego mobilizują się, by odnaleźć zaginionego speedstera, podczas gdy on sam przygotowuje się do konfrontacji z siłami wykraczającymi poza ludzkie pojmowanie. Wszystko w imię ocalenia Speed Force. Spurrier konsekwentnie rozwija wcześniej zapoczątkowane motywy, poświęcając znacznie więcej uwagi nowym konceptom i jednocześnie mocniej podkreślając ich znaczenie. Najlepiej widać to na przykładzie „samurajskiego badacza”, którego tożsamość raczej nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, jednak sposób działania już tak. To postać, która mówi jedno, myśli drugie, a robi coś zupełnie innego, co rodzi wiele pytań i otwiera różne perspektywy na przyszłość (podobnie zresztą jak w przypadku pozostałych Sił). W historię zaangażowano większą liczbę postaci, co zdecydowanie działa na plus. Pozwala to rozłożyć akcję na kilka planów i nadać jej szerszego znaczenia, co było konieczne – w końcu mówimy o Speed Force, więc spłycanie tematu do jednego czy dwóch speedsterów byłoby zwyczajnie nieuzasadnione. Do całej afery włączono również więcej złoczyńców z galerii Flasha, takich jak Mirror Master czy Abra Kadabra. To dobre, choć nieoczywiste wykorzystanie ich potencjału, dające każdej z postaci własne miejsce w intrydze. Jako całość koncepcja jest niezła i doceniam, że scenarzysta nie idzie na łatwiznę tylko obrał rejony i klimaty dotąd nie przetarte u speedsterów, a jego pomysły w wielu miejscach są rewolucyjne…
…ale choć koncepcyjnie mogę pochwalić jego pomysłu to sama lektura okazuje się sporym wyzwaniem, o ile nie męczarnią. Z jednej strony ton zupełnie niepasujący do Wally’ego: jest zbyt mrocznie, gęsto i nieustannie napięcie, a sam speedster (podobnie jak inni bohaterowie, z Barrym na czele) podejmuje momentami kontrowersyjne, wręcz irracjonalne decyzje, które trudno uzasadnić fabularnie. Co gorsza, podobny problem dotyczy także większych bytów wprowadzonych w poprzednim tomie. W drugiej odsłonie w końcu ujawniają one swoje motywacje i są one… delikatnie mówiąc, rozczarowujące. Z drugiej strony lektura jest po prostu bardzo ciężka w odbiorze, głównie przez narracyjny i wizualny chaos. Artyści nieustannie bawią się formą, perspektywą, a nawet stylem rysunków. Eksperymentów jest tak dużo, że często trzeba mocno wytężyć wzrok i umysł, by połączyć wszystkie elementy i zorientować się, co właściwie dzieje się na planszach. Łatwo się w tym nie tyle zmęczyć, co zwyczajnie pogubić, co z kolei osłabia znaczenie niektórych postaci np. historia dobiegła końca, a ja wciąż nie jestem pewien, jaką rolę Zoom miał właściwie odegrać w tej opowieści.
Dziękuję Egmont za komiks. Wydawnictwo nie miało wpływu na opinię i tekst.

