Koszmarne Komando (Opinia)

„Koszmarne Komando„? Dobra akcja z najgorszą interpretacją Brainiaca.

Bardzo często spotykałem się z opinią, że „Creature Commandos” to po prostu „Legion Samobójców, ale z potworami”. Cóż… jest w tym sporo prawdy, a jej potwierdzeniem okazuje się komiks „Koszmarne Komando”, którego scenarzystą jest debiutujący w tej roli Polka-Dot Man z DCEU. Fabuła jest prosta i jasno zarysowana już na początku: rząd rekrutuje nową drużynę złożoną z potworów i wysyła ją do obcego kraju, by powstrzymać tajemnicze „zło”, które już w pierwszym zeszycie okazuje się Brainiakiem. Kolejne rozdziały rozwijają sylwetki bohaterów, budują napięcia na linii rząd–zespół oraz częściowo tłumaczą motywacje antagonisty, by w dwóch ostatnich zeszytach przejść w tryb czystej, bezkompromisowej akcji. Obecność tych wszystkich elementów buduje pełnoprawną, typową dla Legionu historię, w której akcja to nie jedyne co ma do zaoferowania, i całościowo czyta się „nieźle”.

Większość zeszytów skupia się na budowaniu mrocznego klimatu i zgłębianiu natury tytułowych potworów. Uważam to za dobra, bo dokładnie tego oczekiwałem sięgając po komiks tej kategorii. Obecne są klasyczne elementy grozy i ton thrillera, choć bardziej wynikające z oprawy graficznej niż samej fabuły, która stawia raczej na brutalność niż subtelny niepokój. Oczywiście „takich” elementów nie brakuje np. poznając historię Vincenta jest klasyczne gryzienia przez wampira, posługiwanie się wodą święconą itd, ale nie stanowi to sedna. Bohaterowie są wyraźnie zarysowani, każdy z nich nosi na sumieniu winy wynikające z własnej natury. To podejście dość przewidywalne, ale sprawnie rozegrane i podlane sporą dawką akcji. Dużym plusem jest sięgnięcie po mniej znane postacie, co pozwalało twórcom na większą swobodę w budowaniu relacji i charakterów. W finale seria skręca w stronę pełnokrwistego Suicide Squad: jest głośno, krwawo, wybuchowo, a trupy ścielą się gęsto i działa to dobrze, zgodnie z charakterem „bohaterów”. Pojawiają się też momenty, w których prawdziwe potwory okazują się kimś zupełnie innym, niż się spodziewamy, co ma wyraźnie podbić emocje.

Nie jest to jednak komiks pozbawiony wad. Spełnia oczekiwania, jakie można mieć po historiach o formacjach Amandy Waller, ale ma jeden poważny problem i jest nim główny wróg czyli Brainiaca. To przeciwnik najwyższej ligi i tutaj niestety zupełnie się nie sprawdza. Wręcz jest karykaturą samego siebie. Potwory, zarówno razem, jak i osobno, nie powinny stanowić dla niego żadnego realnego zagrożenia, biorąc pod uwagę jego inteligencję, technologię i zasoby. Tymczasem każda konfrontacja kończy się utratą jego opanowania, chaosem w działaniu i ostatecznie… ucieczką. Kulminacją absurdu jest finał, w którym Brainiac rzuca tekstem, że jest „20 kroków przed nimi”, po czym po prostu gdzieś ucieka i tyle z jego wyprzedzania przeciwników… Trudno też przymknąć oko na fakt, że działa on tu lokalnie, bez rozmachu charakterystycznego dla tej postaci, a jego obecność na Ziemi nie wywołuje żadnej reakcji ze strony Ligi. To wszystko sprawia, że antagonista wypada blado, cała otoczka jest zaoraniem jego postaci i znacząco obniża siłę całej historii.

Dziękuję Egmont za komiks. Wydawnictwo nie miało wpływu na opinię i tekst.