Injustice #2 zeszyty 1-7 (Opinia)
Kilka dni temu wróciłem do komiksowego „Injustice 2”, które Egmont ma w tegorocznym planach wydawniczych. Jakie to jest dobre!
To jest jeden z tych komiksów, gdzie od pierwszy numerów Taylor wyciska 100% swoich możliwości. Historia jest mega angażująca od pierwszego zeszytu, bo choć stawka nie jest taka sama co w głównej serii (dwie strony chcące odbudować świat „zniszczony” przez eSa), to jest tu ustanowiony rozwojowy kierunek tego świata z tajemnicami, które co chwile zbijają z tropu i nieźle się tym bawią – Batman chce naprawić świat, ale realizację wizji krzyżuje mu… inny Batman i cholera wie kto nim jest, a po załączonym kadrze sami widzicie, że on nie pierdoli się w tańcu tylko działa konkretnie! (to tego typu Batek, który śmiało pociąga za spust, zabija, i nie ma skrupułów – stawka sama się pisze).
Akcja przednia, przemyślane angażowanie bohaterów, którzy „przeżyli” główną serię, do tego historia bardziej wyważona i „uziemiona” względem tego co się działo pod koniec „Lat 1-5” przez co stawka problemu jest bardziej wyczuwalna.
Rzecz jasna nie brakuje kreatywnego podejścia do zdolności bohaterów (Atom z Kryptonitem w głowie eSa, kiedy ten ma szansę zwiania z paki) oraz nacisk na obyczajówkę z wyczuciem, jeśli chodzi o urocze momenty, humor czy ogólnie pisanie dialogów (Connor strzelający przylepnymi strzałami w hełm Fate’a). Przede wszystkim bohaterowie nie są nieskazitelni, swoje za uszami mają, a dotychczasowe doświadczenia odbijają się na ich podejściu do świata, sprawiedliwości, co wyraźnie wybrzmiewa w historii, ale to najlepiej samemu wyłapać z historii.
Cholera… jestem po 5 zeszytach i mam mega zajawkę. Dawno nie miałem takiej radochy czytając komiks superhero! W następnych dniach podzielę się co ciekawszym, ale o wielu kwestiach celowo nie będę pisał, żebyście mieli większą frajdę z polskiej edycji.

