Przygody rodziny Wayne’ów. Tom 4 (Opinia)

Przygody rodziny Wayne’ów. Tom 4? Forma ta sama, efekt identyczny.

Na półki wjechał czwarty tom „Przygody rodziny Wayne’ów” od Egmont. Szczerze? Trudno tu o nowe zachwyty, bo komiks to wierna kontynuacja tego, co już znamy pod kątem fabuły, treści i jakości wydania dostajemy (dokładnie to samo). Znowu jest to zbiór luźnych, krótkich i zamkniętych historii. Czy to źle? Skądże znowu! Wręcz przeciwnie. Seria wciąż bawi w punkt trafionym humorem, relaksuje świetnymi easter eggami, gwarantuje odpoczynek od wiru oklepanej akcji na dobrze przedstawione obyczajówki, których próżno szukać w kontinuum, a kiedy trzeba potrafi uderzyć w czułe struny i wycisnąć z czytelnika emocje. Świetnie ociepla wizerunek Batmana, udowadniając, że Gacek absolutnie nie jest bezemocyjnym głazem, a Batrodzinkę można przedstawić w przyjaźniejszych tonach bez utraty wartości.

Rzucę przykładami, bo tak najłatwiej zobrazować, o co mi chodzi. Zdecydowana większość komiksu to czysta rozrywka podszyta komedią. Mój absolutny faworyt to epicka bitwa na śnieżki, gdzie genialnie wykorzystano skille bohaterów. Ale posadzenie Alfreda za sterami mecha Batmana to już definitywne „K.O.”, które totalnie rozłożyło mnie na łopatki! Do tego dochodzą genialne easter eggi jak powrót tęczowego stroju Batmana, wyciągniętego z samego dna komiksowego lore’u? W życiu bym nie pomyślał, że jeszcze to zobaczę, a bezcennej miny Gordona po prostu nie da się odzobaczyć! Obok uśmiechu mamy też wagę ciężką emocji. Scena, w której Grayson wspiera osieroconą dziewczynkę, trafia prosto w serducho. Jego rozmowa z młodą, a potem wymiana zdań z samym Batmanem, to przepiękna i głęboka analiza skomplikowanej więzi łączącej Bruce’a z Dickiem.

Dziękuję Egmont za komiks. Wydawnictwo nie miało wpływu na opinię i tekst.