Superman. Superwoman. Tom 1

Bardzo lubię „Supermana” Williamsona i Mory, ale to w „Superwoman” seria osiągnęła swój peak. Dlaczego?

Szalony punkt wyjściowy (Lois Lane z mocami?!) okazał się ciekawym zwrotem, który wniósł nową dynamikę do relacji Supermana z Lois. Jest to przemyślane rozwinięcie następstw po „Absolute Power”, w którym para Supków może wspólnie działać w polu, a w wolnej chwili „inaczej” randkować. Test związku na nowym gruncie wypadł zgodnie z oczekiwaniami, bo Lois sprawdza się jako pełnoprawna bohaterka, która pod wpływem chwili potrafi myśleć logicznie, umiejętnie korzystać z mocy, a przy tym być efektowna i skuteczna (całość uzasadnia późniejsza historia z wcześniejszym miejscem akcji). Wspólnie dają czadu w polu, a roboty mają po pachy (o czym za chwilę). Treść dobrze uzupełniają dwie strony medalu, gdy działania Lois nie zawsze dają oczekiwany rezultat – jej zachowanie (i wyrzuty sumienia) pokazano w bardzo naturalny sposób, kiedy przez nią ktoś bliski zostaje zraniony. To było bardzo dobre prowadzenie postaci, a wisienką na torcie było spędzanie romantycznych chwil z Supermanem w nowy sposób – rzucanie kamieniami do celu na Księżycu? Coś pięknego i romantycznego dla takiej Superpary.

Chylę czoła przed Williamsonem za to, co zrobił z Doomsdayem. Zrobił rewolucję w historii tej maszynki do zabijania, wykorzystując całą relację pomiędzy nim a Supermanem, żeby odmienić jego koncept, dać mu potężnego kopa rozwojowego na miarę małej rewolucji i ostatecznie zmienić go w Time Keepera. W ten sposób Doomsday stał się nie tylko pełnoprawną postacią zdolną wypowiedzieć więcej niż jedno zdanie, ale i sprawnym manipulatorem wydarzeń, będącym o kilka kroków z przodu. Dzięki temu każda decyzja nabiera drugiego dna, a ja podczas czytania zastanawiałem się, czy to, co widzę, nie jest elementem jakiejś jego większej gry.

Lubię w runie Williamsona to, jak dba o drugi plan. Olsen ma do odegrania drobną rolę, która płynnie przechodzi od humoru do dramaturgii, a ku zaskoczeniu jego partnerka ma symboliczną rolę do spełnienia – postawienie jej w odpowiedniej chwili dało mocny wydźwięk w historii. Z kolei SuperCorp jest dobrze rozpisane, by brać aktywny udział w fabule, a mając Lexa z amnezją, człowiek tylko się zastanawia, kiedy ta tykająca bomba wybuchnie – a może już wybuchła, tylko on tak gra? Każdy element drugiego planu jest po coś i dobrze sprawdza się w swojej roli.

No i Dan Mora… Chwalenie go co komiks robi się już nudne, ale jak tu się dziwić, skoro staje na wysokości zadania, dostarcza rysunki najwyższej jakości przy jednoczesnym obsługiwaniu kilku serii i wyrabianiu się w terminach? Gość ma nie tylko talent, na który uwielbiam gapić się godzinami, ale to jest po prostu tytan pracy!

Dziękuję Egmont za komiks. Wydawnictwo nie miało wpływu na opinię i tekst.