LEGO Batman: Dziedzictwo Mrocznego Rycerza – Switch 2 (Opinia)
Najlepsza gra DC od 8 lat? Nie myślałem, że po genialnej serii „Arkham” i moim ukochanym „Injustice 1-2” to właśnie nad grą LEGO będę rozpływał się do tego stopnia! Ale czy kogoś to dziwi, skoro „LEGO Batman: Dziedzictwo Mrocznego Rycerza” to produkt prawie idealny (prawie – słowo klucz!).
To fabularne kompendium wiedzy o Batmanie, opowiadające o jego przygodach… od A do Z? Bruce’owi towarzyszymy jeszcze jako małemu szkrabowi (jedyna taka okazja, uroczy akcent!), razem docieramy do przyszłej batjaskini, kiedy jego rodzice jeszcze żyją, a po „słynnym wieczorze” przeskakujemy o kilka lat i szlifujemy jego umiejętności pod okiem Ra’s al Ghula. Potem wracamy do Gotham i zaczynamy kuć miejską, kultową legendę, przechodząc kolejno przez popularnych złoczyńców, jak Red Hood, Pingwin czy Joker (i jeszcze długo wymieniać). Już tym byłem mocno zainteresowany produkcją, bo do tej pory nie było gry, która starałaby się opowiedzieć kompletną historię Batmana (dość spore ryzyko, kiedy komiksowy bohater ma wieloletnią historię, prawda?). Jednak tu udało się ugryźć temat od dobrej strony, a dużą zasługę ma połączenie wybranych elementów historii z różnych mediów: od trylogii o Mrocznym Rycerzu Nolana (etap dzieciństwa i treningu), przez Batmana Burtona i Reevesa, po mnóstwo nawiązań do serii „Arkham” czy współczesnych komiksów (zwróćcie uwagę na skórki postaci, JEST ABSOLUTE BATMAN!). Batmaniarze natychmiast wyłapią te nawiązania (niedługo trzeba szukać, kiedy znane sceny są odtwarzane 1:1), a ich wplatanie udało się osiągnąć dość naturalnie: wszystko jest uzasadnione fabularnie, ma swój moment i nie czuć, że coś jest wplecione na siłę i tu nie pasuje.
Historia jest opowiadana zwartym tempem, z sensownym uzasadnieniem dla wszystkiego i właściwym ugryzieniem postaci oraz relacji między nimi. Batman jest nie tylko od mordobicia, bo w rozgrywce pojawia się mnóstwo elementów detektywistycznych, a obecność towarzyszy u jego boku nadaje dynamikę. Widać też wyraźną zmianę tonu wraz z postępem historii np. między nim a Gordonem jest na początku lekki dystans, ale pod koniec pierwszego rozdziału idzie to w stronę zawodowej przyjaźni, zwieńczonej kultowym odtworzeniem batsygnału! Historia jest podzielona na kilka rozdziałów, a każdy skoncentrowany wokół innego towarzysza Batmana. To świetny pomysł, który wcześniej nie występował w grach LEGO, bo zostawia wystarczająco dużo przestrzeni na pokierowanie konkretnymi bohaterami, obeznanie się z nimi i rozwijanie ich zdolności, które mają aktywny udział w wykonywanych misjach i aktywnościach pobocznych odblokowywanych wraz z postępem.

Doceniam tu główną linię, bo poza ciekawą historią co chwila mamy ręce pełne roboty na wzór serii „Arkham”: docieramy do miejsca, przedzieramy się przez linie wrogów, po drodze prowadzimy śledztwa, a samą walkę możemy sprowadzać do cichej eliminacji lub otwartych starć ze wszystkimi. Jednak to, co wyróżnia tę grę na tle serii „Arkham”, to zdecydowanie większy nacisk na zdolności bohaterów i kooperację między nimi. Aby przejść z jednego pomieszczenia do drugiego, często coś musimy zniszczyć lub zbudować, a do niektórych obszarów dostaniemy się wyłącznie zdolnościami towarzyszy. Jest to świetnie rozplanowane i skłania do logicznego myślenia, bo nie brakowało momentów, nad którymi trzeba było się nieco pochylić (zwłaszcza przy zróżnicowanych aktywnościach pobocznych), ale… poziom zagadek i wyzwań jest mniejszy niż w tradycyjnej formule „LEGO”. Przeszedłem niejedną grę z tej serii i przy każdej było dużo momentów, kiedy stawałem z żoną i zastanawialiśmy się nawet po 10 minut, co dalej (co zniszczyć, co zbudować). Tutaj nie mieliśmy takich problemów, ponieważ wykonywanie misji jest bardziej liniowe, a „zaawansowane” zagadki dzieją się w ciaśniejszych miejscach i w każdej chwili możemy skorzystać ze zmysłu Batmana, który podświetla, co konkretnie mamy zniszczyć i gdzie potem coś budować. To spore uproszczenie względem tradycyjnej formuły, które niekoniecznie mi przeszkadzało, wręcz przeciwnie: mniej irytowałem się zagadkami, płynniej przechodziłem misje, a tzw. nadwyżkę czasu wykorzystywałem na aktywności poboczne… Wszystko sprowadza się do odtworzenia formuły gier „Arkham” w serii LEGO, co zostało wykonane bardzo dobrze, a liczne rozwiązania (od systemu walki, po etapy wykonywania misji i eksplorację) wpisują się w te klimaty.
…których w Gotham jest od groma! Zagadki Riddlera, odblokowywanie metra do szybkiej podróży, wyścigi, szukanie trofeów… to jeszcze nie wszystko, a już teraz robi niemały szok na tle poprzednich gier LEGO, gdzie było ich zdecydowanie mniej. Aktywności są bardzo zróżnicowane i każda wykorzystuje inną mechanikę np. wyścigi wykonujemy batmobilem, a przy aktywnościach Riddlera korzystamy z umiejętności postaci oraz dedukcji, bo nie raz włączenie energii w jakimś przedmiocie wymaga od nas lekkiego spaceru i wykonania aktywności w kilku miejscach. Poziom trudności jest wyważony, a ich zróżnicowanie gatunkowe bardzo urozmaica rozgrywkę i daje dużą satysfakcję z dwóch powodów: atrakcyjnych nagród (np. odblokowywanie nowych pojazdów i strojów) oraz satysfakcji z wykonanej zagadki logicznej (czy poprawienia umiejętności kierowania batmobilem, żeby zyskać te 1-2 sekundy do złotego medalu). Aktywności jest bardzo dużo na każdym kroku, właściwie mapa pęka od nich i nie raz, nie dwa odwracało to moją uwagę od głównej misji, przez co (pozytywnie) ciągnął mi się czas. Niestety nie wszystkie zagadki można wykonać od razu i tu pochwała dla twórców, że wyraźnie to komunikują na mapie: część aktywności ma kłódkę informującą, że teraz tego nie wykonamy, bo np. Batman nie ma potrzebnego gadżetu czy towarzysza (zachęcam do odhaczania aktywności na bieżąco zamiast zostawiania ich na koniec, inaczej utoniecie w morzu aktywności!).
O ile z aktywnościami pobocznymi się zaprzyjaźniłem, tak miałem problem z batmobilem. Pierwsze wrażenia były pozytywne: bryka dobrze jeździ, przyspieszenie ma kopa, dobre udźwiękowienie oddaje moc pojazdu, a dodatkowe gadżety jak uzbrojenie czy hak dawały pozytywne szaleństwo na przedmieściach i pomagały w rozwiązywaniu aktywności pobocznych. Czar zaczął pryskać, kiedy podczas wyścigów trzeba było wykonywać bardziej zwrotne zakręty: raz topornie, raz płynnie, a model batmobilu nie miał znaczenia. Strasznie było to losowe i niezrównoważone, a do teraz mam problem z wczuciem się, dlatego prawie żadnego wyścigu nie mogę wykonać na złoty medal, bo brakuje mi tej 1-2 sekund traconych na wpadaniu w przeszkody.

Będąc przy wyścigach, zwróciłem uwagę na samo Gotham. Miasto jest idealnie odtworzone na tle komiksów, filmów i gier, z prawie wszystkimi najważniejszymi miejscówkami, a każdy kąt jest klimatycznie zaaranżowany, żeby zaglądanie „pod każdy kamień” miało jakiś sens. Miasto właściwie jest wyładowane easter eggami, a moim ulubionym było graffiti Catwoman zostawione na dachu przy sygnale świetlnym, na które trafiłem przypadkowo. Co chwilę znajduje się „coś”, a immersja jest jeszcze większa za sprawą żyjącego miasta: możemy wejść w interakcję z pojedynczymi rzeczami jak automaty czy jakieś place zabaw (np. latający samolocik), a ruch na ulicach żyje i jest na nim sporo pojazdów (które traktujemy jak papierowe: nie wstrzymują nas, tylko odlatują na metry, szkoda, bo byłoby to fajne wyzwanie). Na przedmieściach jest też dużo zwykłych osób, których nie uderzymy, ale podchodząc do nich, mamy proste, przyjemne interakcje (uroczy akcent i fajna odmiana w porównaniu do „Arkham”, gdzie na ulicach widzieliśmy głównie przestępców lub gliniarzy). Obraz nie jest w żaden sposób przesłodzony, to nadal miasto przesiąknięte złem, o czym co chwila przypominają komunikaty o losowych sytuacjach np. grupa złodziei okrada staruszkę z torebki, więc cały czas jest co robić i zwykły patrol nie dostarcza nudy.
Tylko szkoda, że nie mamy możliwości zwiedzenia wszystkich miejsc np. rezydencję Wayne’a zobaczymy wyłącznie w przerywnikach filmowych, a Arkham Asylum z daleka. Szkoda, bo to miejscówki, przy których twórcy mogliby poszaleć… ale zadośćuczynieniem jest batjaskinia, do której mamy regularny dostęp i w której można się „bawić”: od kupowania przedmiotów, po eksponowanie ich w atrakcyjnych galeriach (szczęka mi opadła, jak po raz pierwszy zobaczyłem wystawę batmobili czy kostiumów, a znowu opadła, jak wszystko zebrałem i tam wróciłem…), po JEJ PERSONALIZACJĘ. Tak, możemy pobawić się w „Simsy” i wybrane obszary dowolnie aranżować przedmiotami np. nabytymi w sklepie Bat-Mite’a czy zdobytymi podczas misji. Niestety swoboda twórcza jest ograniczona do kilku obszarów i konkretnej liczby przedmiotów, jakie można położyć na wyznaczonym terenie, co trochę zabija radość płynącą z fajnej funkcji, ale z drugiej strony to nadal możliwość zrobienia czegoś pod siebie i późniejszego zabijania czasu na korzystaniu z tego (mimo wszystko kwalifikuję to jako zaletę zamiast minusa).
Wracając do grywalnych bohaterów, mamy ich TYLKO siedmiu. To szok dla graczy „LEGO”, gdzie w innych odsłonach (również w BatGrach) byliśmy zalewani postaciami. Nowy model mi pasuje, bo i tak najczęściej grałem ulubionymi postaciami, większości nie wykorzystując, a czar pryskał, kiedy duża część była słabo zróżnicowana, nie licząc wyglądu. Tu tego problemu nie ma: tych kilkoro bohaterów wyraźnie zróżnicowano wyglądem, charakterem, dialogami i zdolnościami do tego stopnia, że czuć wyraźną różnicę, przechodząc z jednej skóry do drugiej (przyznaję się bez bicia, w batjaskini gram tylko Alfredem, a rozdział z Catwoman grałem tylko nią, bo bicz wymiata!). Sprawdza się tu zasada jakość, a nie ilość, a akcentowanie różnic jest lepiej wykonane niż choćby w „Gotham Knights”, gdzie różnice między postaciami były dość umowne. Małym zrehabilitowaniem się za ilość postaci są skórki, których jest od zatrzęsienia: właściwie każda postać ma do dyspozycji kilkanaście skórek inspirowanych komiksami, filmami itp., część z nich od razu dostępna jak z „Batmana” Burtona czy Reevesa, a reszta do odblokowania (kosmetyka zawsze zachęca do podejmowania aktywności!). Część skórek możemy dodatkowo modyfikować kosmetycznie, zdobywając czerwone klocki, czego akurat nie uważam za dobre rozwiązanie: to duże zmarnowanie funkcjonalności klocka, a modyfikacje kolorystyczne skórek są strasznie przekombinowane i zbędne. Niekoniecznie pozytywnie odnoszę się też do różnicowania skórek, bo wszystko sprowadza się do kosmetyki: zero różnic w funkcjonalności czy dialogach (wyłącznie inne dźwięki u batmobili). Identyczny jest sposób poruszania się i wykonywania rzeczy, co najmocniej boli przy strojach Batmana, które mają bardziej fikuśny wygląd, jak Wampirzy czy mój ukochany Batman Beyond, no i przy batmobilach, gdzie każdy jeździ się identycznie.

System walki jest w końcu prawdziwym systemem walki, a nie tylko dodatkiem. Został wyjęty z serii „Arkham”, dlatego fale wrogów pokonujemy dynamicznie, przeskakując przez nich, a wizualna magia kryje się w kontratakach i specjalnych atakach po wypełnieniu paska. Podobnie jak w „Arkham” są to dynamiczne walki z podkręcanym tempem przy większych combo i poczuciem impetu z każdym ciosem. Stosowanie gadżetów jeszcze podkręca wrażenie i wprowadza nowe rozwiązania, unikalne dla tej gry np. biczem Catwoman możemy zakręcić wrogiem niczym bączkiem i eliminować nim kolejnych wrogów (nawet towarzysza, koniecznie pokręćcie Batmanem przez Catwoman!). Walka potrafi nie tylko dać satysfakcję, ale i stanowić wyzwanie, bo zbyt późne wciśnięcie przycisku pozbawi serduszka, a zróżnicowani wrogowie wymagają pilnego analizowania przebiegu walki (np. pojawia się tank, a kiedy go oklepujemy, atakują nas pomniejsi, a z daleka ktoś zaczyna strzelać). Walka jest niczym z filmów i komiksów o Batmanie, a podobny fun daje też cicha eliminacja, przy której wkrada się humor LEGO np. Batman po cichu eliminuje wroga, przypinając mu balonik, albo na jeszcze inne sposoby. Jest to świetnie opracowane, a podwyższenie poziomu trudności zwiększa liczbę wrogów i trzeba uważać na swoją… pelerynę!
Ale do pełni szczęścia zabrakło mi detali. Podniesienie poziomu trudności nie wpływa na wrogów, a ich poziom inteligencji bywa dyskusyjny (próbując po cichu ich eliminować, mogłem przejść przed nimi niezauważony, a nie reagują też na towarzyszy luźno ustawiających się w dowolnym miejscu). Na wczesnych godzinach gry zostają wprowadzone wszystkie rodzaje wrogów i potem czuć małą wtórność (znowu, różnice są w kosmetyce). Do tego sporadycznie pojawiają się bossowie, bo po 8-9 godzinach (czyli tak w połowie drugiego rozdziału) walczyłem z… żadnym bossem?
Gra zdecydowanie jest „dla każdego”. Myślę, że trzeba to wyraźnie podkreślić, bo formuła „LEGO” jest specyficzna, a tu udało się znaleźć złoty środek, aby pogodzić graczy w każdym wieku. Gra ma odpowiednią ilość klimatu Gotham i Batmana, żeby starszy gracz nie czuł, że gra w coś dziecinnego, a humor LEGO jest obecny na każdym kroku i dzięki niemu zbyt mocne sceny nie są mocne, tylko kreatywnie ugrzeczniane. Humor nie jest zbyt dziecinny, łączy sytuacyjność z batmanowymi easter eggami, żeby wiekowy gracz to docenił i traktował jako dodatkową zabawę, wyłapując smaczki. Świat jest barwny, więc paleta sprzyja temu, żeby włączyć ją młodszemu, a model klockowy potrafi wierniej odtwarzać miejsca, żeby rozpływać się nad lokacjami i dostarczać wszystkiego, co powinny (no i wspomniana batjaskinia: szczęka opada, jak się ją zobaczy i doświadczy swobody jej eksplorowania, a to samo mogę powiedzieć o Gotham).

„LEGO Batman: Dziedzictwo Mrocznego Rycerza” przechodziłem na Nintendo Switch 2 w trybie ręcznym (preferuję tę swobodę grania w każdym miejscu). Prawie nie mam uwag technicznych: grafika jest na identycznym poziomie co na pozostałych platformach (czyli dopieszczona jak na ramy LEGO), rozgrywka jest płynna ze stałą liczbą klatek (zero spadków, wszystko działa płynnie i szybko się wczytuje), sprzęt nie grzeje się podczas grania, a bateria spada w tradycyjnym tempie (jak na standardy Nintendo, rzecz jasna). Tylko raz zdarzyło mi się w pierwszych 10 godzinach grania, że podczas układania portretu pamięciowego złoczyńcy nie wczytywały mi się kolory twarzy i włosów, przez co musiałem go dokończyć, kierując się kształtem.
Dziękujemy Warner Bros za grę. Warner Bros nie miało wpływu na opinię i tekst.
Tekst pierwotnie opublikowany na Serialomaniak.com

