Tom Strong. Tom pierwszy

Twórczość Alana Moore zacząłem smakować zaczynając pozycjami “Watchmen” i “Swamp Thing”. Zestaw powiększyłem “V jak Vendetta”. Tyle mi starczyło, aby uznać Moore za mistrza fachu i brać w ciemno tytuły, przy których majstrował. Przykładem jest “Tom Strong” – superbohater, o którym kompletnie nie słyszałem. Czy to źle? Wątpię, przynajmniej czymś się zaskoczę podczas lektury – na to liczę.

Pierwszy tom “Tom Strong” chyli się ku złotej erze komiksu. Poznajemy przygody tytułowego bohatera wspieranego przez rodzinkę oraz najbliższych – Dhalua (żona), Tesla (córka, nie mylić z autem), Salomon (małpi lokaj) oraz Pneuman (robocik). Masa zwariowanych, niebanalnych i humorystycznych przygód podkreślających idealność, wręcz geniusz, głównego bohatera. Tom Strong ratuje świat po różnych jego zakątkach, nawet przemieszczając w czasie. Kiedy za łatwo robi się na ojczystej planecie, wyrusza w kosmos, żeby stawić czoła międzygalaktycznym oprychom.

Komiks doceniłem po kilkudziesięciu stronach. Początkowo nie mogłem się przegryźć przez koncepcję wyidealizowanego pięknisia, który wiedzą przyćmiłby Luthora, zajebistością Batmana oraz wszystkim innym pozostałych bohaterów, którzy przyjdą Wam na myśl. Im dalej w las, tym zacząłem przekonywać się do bohaterskości Stronga. Alan Moore odwzorował ducha złotej ery komiksu stawiając na całkiem ambitne koncepcje, lekko pozytywnie przekombinowane. Autor uderza w zagrożenia o skomplikowanych źródłach, momentami łamiącymi znane nam prawa. Z zagrożeniami radzi sobie rodzinka przypominająca mi mieszankę Indiany Jonesa, Fantastycznej Czwórki i Tomb Raider. Dodałbym jeszcze nutkę Doom Patrol, a to ze względu na specyfikę przygód. Całości towarzyszy dawka specyficznego humoru i masy akcji, czasami gubiącej sens, na co przymknie się oko ze względu na charakter całości. Nie zabrakło odniesień do innych, popularnych tytułów popkultury. Jakich? To już zostawię Wam do wychwycenia.

Komiks ukazał sie w ramach DC Black Label. Błędne wynika z tego założenie, że publikacja jest w ramach tego imprintu wydawnictwa. Pierwotnie “Tom Strong” ukazał się jako bohater imprint WildStorm, konkretniej “America’s Best Comics”. Imprint nie cieszył się ogromną popularnością, co nie znaczy, że komiksy były do bani. Dowodem na to jest “Tom Strong” świetnie sprawdzający się w swojej koncepcji. Zaletą imprintu jest brako nawiązań do głównego nurtu DC – spokojnie możecie sięgać po komiks. Jest tu odpowiednie przedstawienie postaci oraz jego świata – wszystko, czego potrzebujecie.

Krótko i prosto o rysunkach – Chris Sprouse, wspierany okazyjnie przez kilku artystów (m.in. Arthur Adams czy Dave Gibbons), wykonali kawał świetnej roboty. Dynamiczne kadry, wyraziste postacie z zachowaniem proporcji i odpowiednią mimiką, tętniące życiem tła, wszystko odpowiednio dobranymi kolorami. Zero uwag.

Dodatkowa zawartość nie zwala z nóg. Parę koncepcyjnych szkiców wraz z kilkoma dodatkowymi komentarzami. Tyle. Liczyłem na ciut więcej.

Dobrze bawiłem się z pierwszym tomem “Tom Strong”. Bohatera nie polubiłem, podobnie jak ten świat, ale komiks ma w sobie ducha złotej ery, który jest dobrym materiałem rozrywkowym. Pozycja, przy której wkręciłem się w wir akcji zapominając o otaczających mnie problemach. Bawiłem się dużo lepiej niż zakładem po pierwszych dwóch rozdziałach. Chętnie rzucę okiem na kontynuację.

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego. Komiks możecie nabyć w internetowym sklepie Egmontu.