Młodzi Tytani. Starfire (Opinia)
„Młodzi Tytani. Starfire”? Cykl życie i ma się dobrze!
„Młodzi Tytani. Starfire” to piąta odsłona młodzieżowego cyklu tworzonego przez Kami Garcię i Gabriela Picolo, w którym tom po tomie poznajemy bohaterów formujących grupę Nastoletnich Tytanów, ściganych przez bezwzględnego Deathstroke’a. Tym razem na scenę wchodzą Starfire i Cyborg, a ich historia układa się nieco inaczej niż w głównym kontinuum DC – powiem tylko tyle, że jest o wiele bardziej ludzka i przyziemna.
Lubię ten cykl od samego początku i z każdym kolejnym tomem bawię się równie dobrze. Trafia do mnie młodzieżowy charakter tych historii. Garcia potrafi stworzyć świat prosty, a jednocześnie wiarygodny, dzięki czemu nie potrzebuję długich wprowadzeń, by zrozumieć relacje między bohaterami. Tutaj wchodzę w ich życie niemal z butami. Świetnym przykładem jest relacja sióstr. Nastoletnie Kori i Kira potrafią być dla siebie opryskliwe, ale mimo to widać, że łączy je silna więź i miłość. Ta relacja jest tak autentyczna, że naprawdę ją czuje i w nią wierzę. Dużo miejsca poświęcono również osobowościom bohaterek. Kori jest wrażliwa, zamknięta w sobie, ale zdeterminowana, by wypełniać swoje obowiązki. Kira to jej przeciwieństwo, czyli głośna, pełna energii, rywalizująca z innymi, ale też ambitna i perfekcyjna. Obie zostały przedstawione w sposób spójny z konwencją tej serii i zupełnie nie przeszkadzało mi, że nie ma tu wątków międzygalaktycznych. Historia broni się sama, nie potrzebuje kosmicznego tła, wręcz jego brak działa na przyziemności fabuły.
Podobało mi się także wprowadzenie Cyborga. Ma mniej maszynowych części niż w oryginalnym kontinuum, ale twórcy zachowali wszystkie charakterystyczne elementy jego postaci. Bardzo dobrze wypada też jego relacja z ojcem, która w kilku miejscach daje wybrzmieć rodzinnej problematyce. Najwięcej jednak emocji wywołuje rozwijająca się przyjaźń Kori i Victora. Subtelna, naturalna i prowadzona tak, że szybko zaczynam im kibicować. W porównaniu do innych, bardziej wymuszonych relacji z błyskawicznym tempem rozwoju, w tym tomie ta wypada zdecydowanie najlepiej.
Garcia sprawnie dopasowała ten tom do całej serii. Wszystkie wątki zazębiają się i układają w spójną całość, choć faktycznie główna fabuła rusza z miejsca dopiero dość późno, aby cały wątek z Deathstroke ruszył porządniej – jest jedna, konkretna akcja wokół zagrożenia z poprzedniego tomu, i tyle. Jednak w tym przypadku mi to nie przeszkadzało. W serii szukam przede wszystkim relacjami między bohaterami, emocjami i problemami społecznymi, a nie wielkimi wydarzeniami czy akcją. To skomplikowana więź sióstr i rodzinne sekrety Cyborga są sercem tej opowieści, dostarczając emocji i dając przestrzeń do refleksji nad tym, jakie wartości są w życiu naprawdę ważne.
Niestety nie mogę tego samego powiedzieć o wątku zdrowotnym Kori, czyli jej chorobie – zespole EDS. Autorka sprowadziła cały temat do kilku suchych definicji wrzucanych w losowych momentach, co szybko zaczęło mnie irytować. Brakowało mi tu spójności i emocjonalnego podejścia znanego z poprzednich tomów, gdzie problemy bohaterów pokazywano raczej poprzez sytuacje i codzienne doświadczenia niż przez suche wykłady. W efekcie po lekturze niewiele dowiedziałem się o tym, jak Kori faktycznie radzi sobie z chorobą na co dzień, a szkoda, bo temat miał ogromny potencjał.
Graficznie jest adekwatnie do poprzednich tomów, za które chwaliłem styl Piccolo (i mogę powtórzyć swoje słowa).
Dziękuję Egmont za komiks. Egmont nie miał wpływu na opinię i tekst.

