Batman Beyond było nieco straszne…

Swego czasu Cartoon Network posiadało wieczorny blok programowy o nazwie Toonami. W Polsce był to dość krótki okres między 2002 a 2006. Ten czas antenowy był zarezerwowany dla bardziej „edgy” produkcji targetowanych w nastolatków. DC miało w Toonami pokaźną reprezentację w Stanach, w Polsce emitowane były zaledwie trzy produkcje: „Liga Sprawiedliwych”, „Młodzi Tytani” oraz „Batman Przyszłości”. Na tej ostatniej dzisiaj się skupimy i będę zamiennie używać jednego z polskich i angielskiego tytułu. Z góry informuję, że film „Powrót Jokera” zostawiam na inną okazję.

Mam bardzo luźne wspomnienia względem animacji DC z czasów, kiedy były oryginalnie emitowane. Pamiętam pojedyncze epizody „The New Batman Adventures”, które mnie wtenczas zauroczyło specyficznym klimatem, a jednocześnie zafundowało koszmary epizodem „Never Fear” ze Strachem na Wróble w roli głównej. Wracając po latach zaczynamy dostrzegać rzeczy, które za dzieciaka nam po prostu umknęły. „Batman Beyond” jest o wiele mroczniejsze, niż pamiętałam. Jest to dekonstrukcja nostalgii, chłodne zderzenie się z rzeczywistością, z przyszłością, która wcale nie musi prowadzić do „żyli długo i szczęśliwie”. Neo-Gotham, które obserwujemy, to wydmuszka dawnego Gotham, a mieszkańcy wydają się być cieniem swoich dawnych „ja”. Jeśli Gotham było zimne i wyrachowane, to Gotham przyszłości jest niczym więcej, jak bezdusznym wrakiem. Jest to doskonały przykład dystopii, ponurej wizji przyszłości, w której pomniki bohaterów już dawno zamieniły się w pył. Motyw dystopii jest obecny w wielu dziełach kultury – służy jako straszak, ostrzeżenie, źródło refleksji. Żyjąc w „teraz” wybiegamy myślami w daleką przyszłość, a każdy nasz gest i każde słowo kształtuje świat, w jakim dane nam będzie żyć. Z perspektywy emerytowanego już Batmana, Neo-Gotham musi być przerażające. Jest to jego osobista porażka, która sprawia, że Bruce Wayne staje się jeszcze bardziej wyizolowany, pozbawiony nadziei, pogodzony (a może przegrany) z ponurą rzeczywistością miasta.

Strona audio-wizualna serii doskonale ujmuje wizję dystopijnego Neo-Gotham. Styl rysunków jest zbliżony bardziej do „The New Batman Adventures” aniżeli do „Batman: The Animated Series”, wpasowuje się w specyficzny „edgy” trend w kreskówkach, który z końcem lat 90. zdominował Cartoon Network i wszystkie podobne stacje. Już sam opening wrzuca nas w mroczniejszy setup – muzyka jest dość oszczędna, brzmi jak coś, co mogło być grane w jakimś zapyziałym klubie mieszczącym się w rogu jakiejś równie zapyziałej uliczki. W całej serii przeważają ciemne, nienasycone i chłodne kolory, a większość cieni to po prostu duże obszary wypełnione jednolitą surową czernią.

Wszystko wydaje się pozbawione nadziei, a ci, którzy długo żyli nadzieją – już dawno przestali.
Neo-Gotham kosi wszystkich po równo. Nie tylko Bruce został dotknięty przez ząb czasu, w życiu każdego nadszedł moment na odwieszenie kostiumu na wieszak – Barbara Gordon poszła w ślady ojca, Tim Drake prowadzi szare życie zawodowe, kostiumy i maski już dawno przestały być fajne. Większość złoczyńców, których znamy, jest nieobecna, są zaledwie wspomnieniem, czasem inspiracją dla nowych twarzy chcących zawojować Gotham. Ci, których dane nam będzie zobaczyć ponownie, są ruiną dawnych siebie. Wspomnę tutaj przede wszystkim postać Bane’a, który jest moim zdaniem jednym z największych zderzeń z rzeczywistością w całej serii – długotrwałe używanie Venomu w końcu go dopadło i został przykutym do wózka inwalidzkiego żywym trupem, a jedyne, co pozwala nam stwierdzić, że żyje, to dźwięk jego rzężącego oddechu. Nowi złoczyńcy zresztą też nie mają kolorowo, nikt nie ma. Dostajemy między innymi The Royal Flush Gang, a wśród nich nastolatkę w rozterce między rodziną a chłopakiem, który jak na złość okazał się być największym wrogiem.
Poza tym, czym byłoby Gotham bez niedocenianego psychiatry – mówię tutaj oczywiście o postaci Spellbindera, który koniec końców przypomina mi nieco miks między Strachem na Wróble i Riddlerem, a który sprowadza na ludzi nieszczęście poprzez oferowanie im symulacji szczęścia.

Poza aspektem psychologicznym serii, pozostaje jeszcze wszechobecny body horror. Spora część przeciwników nowego Batmana to postacie, których historia mogłaby być postawiona między Jasonem Voorheesem a Freddym Kruegerem. Wizualnie „Batman Beyond” potrafi przerazić, np. w epizodzie „Splicers”, który skróciłabym do „furries gone wrong”. Hybrydy ludzi i zwierząt w przeróżnych kombinacjach cech wyglądu. Scena przemiany Terry’ego w podobne do Man-Bata monstrum to jeden z najstraszniejszych momentów w serii, a jest to zaledwie początek. Epizod „Lost Soul” jest często wspominany przez fanów jako ten, który zapadł im w pamięć najbardziej. Wszystko przez Vance’a – człowieka, który przeniósł swoją świadomość do superkomputera. Biała twarz na ekranie próbuje oddać duszy naukowca choć odrobinę człowieczeństwa, ale uzyskuje efekt mieszczący się w uncanny valley. Jednak fani serialu na pierwszym miejscu koszmarów dzieciństwa stawiają epizod „Earth Mover”. Osobiście pamiętałam ten odcinek i to, jak zafundował mi dziesiątki nieprzespanych nocy oraz szlaban na oglądanie Batmana. Nie mam pojęcia, jakim sposobem twórcy serialu spojrzeli na wypieszczoną detalicznie stop-klatkę przedstawiającą wchłoniętego w ziemię przegnitego trupa i stwierdzili, że nie będzie to zbyt drastyczne dla młodszych widzów. Ludzie z Reddita domagają się odszkodowania za zafundowane koszmary.

Jednakże muszę przyznać, że ekipa odpowiedzialna za serial wiedziała, co robi, bowiem dzięki takim momentom, jak i wielu innym, „Batman Przyszłości” nadal żyje w świadomości fanów, a historia dostała komiksową adaptację rozszerzając nowe uniwersum. Obecnie decyzja o skasowaniu serii dziwi, ale w tamtych czasach „Batman Beyond” przeszło bez większego echa. A szkoda. Chociaż z drugiej strony – w oczach wyobraźni widzę całe cancel culture Twittera i rozwścieczone matki próbujące zbojkotować takie „straszne i paskudne” rzeczy, bo przecież „bombelki” będą mieć koszmary. Niestety wiele serii dostało bardziej „kids-friendly” rebooty, które skutecznie wyprały produkcję z tego, za co była doceniana. Mimo wszystko „DC Super Hero Girls” wypada przy dawnych animacjach DC jak potulna wieczorynka.

„Batman Beyond” osiągnęło coś, co jest trudne do osiągnięcia – balans. Balans między horrorem, który widzimy, a horrorem, który odczuwamy. Tam, gdzie pojawia się body horror – jest również człowiek, który w jakiś sposób został zniszczony lub wypaczony przez otaczający go świat. Tam, gdzie widzimy siwego staruszka, pod spodem gotuje się ogrom skrajnych emocji, który skrupulatnie budował się przez lata przykrych doświadczeń. Gotham nigdy nie było sprawiedliwe. Neo-Gotham również nie jest. I ta niesprawiedliwość, otoczona ponurą wizją przyszłości, jest straszna. Sama oddalona w czasie dystopia również wydaje się w oczach niektórych niesprawiedliwa i niezasłużona. Ale wszystko ma swoje źródło. „Batman Beyond” jest moim zdaniem straszne, bo jest aż nazbyt prawdziwe w otaczającej nas rzeczywistości.

Korekta tekstu: Marek Kamiński