Liga Sprawiedliwości: Bez sprawiedliwości

Jak to bywa z eventami na ogromną skalę, ich konsekwencje będziemy odczuwać przez długi czas. Nie inaczej w przypadku Dark Nights: Metal, z którego nasi bohaterowie wyszli ledwo zwycięsko. Zwycięstwo odbiło się kosztem uszkodzenia Ściany Źródła, które niczym dziurawy płot stanowi wręcz zaproszenie, by czyhające zagrożenie nawiedzało nasze pola. Cóż… Ziemscy obrońcy szybko się o tym przekonali.

“Liga Sprawiedliwości: Bez Sprawiedliwości” (ang. “No Justice”) nie daje nam chwili wytchnienia od pierwszych kadrów. Całość rozpoczyna się atakiem Brainiaca na ziemskich bohaterów. Ten wyjątkowo nie ma złych zamiarów. Chce bowiem zebrać kilka drużyn, które pomogą mu w walce z czwórką braci Tytanów Omega. Bracia poczuli narastający głód, a nasiona rozsiane po multiversum (w tym na ziemi) przyciągnęły ich niczym smaczna pizza. Światy są zagrożone, a nasi bohaterowie pod wodzą Brainiaca muszą ich powstrzymać.

Historia miała ogromny potencjał, niestety nie wykorzystany. Całość została ulokowana w 4 numerach (oraz dodatkowy DC Nation #0, który nie wnosi praktycznie nic) i czuć pośpiech akcji. Bohaterowie w błyskawiczny sposób przemieszczają się od Ziemi do planety Brainiaca i z powrotem, podobnie Tytani, którzy nie dysponują środkiem lokomocji w przeciwieństwie do obrońców sprawiedliwości. Co prawda starcia z tytanami są efektowne, wymagające od bohaterów obrania niekonwencjonalnych strategii i działania w zaskakujących formacjach (np. drużyna w składzie, której jest Batman, Beast Boy i Lobo), ale całość pozbawiona jest wszelkich emocji. Finał historii jest dość przewidywalny, a debiuty nowych postaci np. syn Brainiaca kompletnie nie rozwinięte. Ponarzekać można również na wątki Tytanów czy Green Arrowa, które mimo ogromnego pola do popisu, nie wypadły ekscytująco. Rezygnacja z pośpiechu zdecydowanie wyszłaby na dobre historii.

“Bez Sprawiedliwości” nie odbiło się pozytywnych echem wśród czytelników jednak nie można zaprzeczyć, że całość pozbawiona jest plusów. Historia całkiem dobrze ukazuje konsekwencje zwycięstwa w starciu z reprezentantami Mrocznego Multiversum. Rozsiane zagrożenie nie jest na 5 minut, bowiem z konsekwencjami bohaterowie będą musieli sobie radzić przez znacznie więcej czasu. Miniserie należy potraktować jako typowy wstępniak tego, co nas dopiero czeka. Przed nami świetne “Justice League” od Snydera, które ustawi bohaterów w dobie nowego, ogromnego zagrożenia, w przyszłości określanego mianem kolejnego kryzysu. “Bez Sprawiedliwości” nadało również początek kilku nowym formacjom z własnymi miniseriami np. “Justice League Dark”,” Justice League Oddyseye” czy “Batman and the Outsiders” (trzymam kciuki, aby Egmont wydał je u nas!).

Za rysunki odpowiada Francis Manapul i trzeba przyznać, że odwala kawał dobrej roboty. Jak moglibyśmy spodziewać się po starciach z kosmicznymi siłami w postaci Tytanów Omega, walki powinny być epickie i takie są w wykonaniu Manapula. Najlepiej dowodzą tego dwustronne kadry (panoramy?). Jednak momentami można przyczepić się, że artysta gubi proporcje postaci, co zauważyłem na pojedynczych szkicach Harley.

Czy zatem warto sięgnąć po “Liga Sprawiedliwości: Bez Sprawiedliwości”? Odpowiedź będzie negująca jeżeli oczekujecie spektakularnej i solidnej historii. Jeżeli natomiast nastawiacie się na luźniejszą historię to z pewnością Wam podejdzie. “Bez Sprawiedliwości” świetnie sprawdza się jako skrótowe ukazanie konsekwencji ostatnich wydarzeń oraz wstęp do tego, co nas dopiero czeka. Skusiłbym się nawet do określenia pozycji jako obowiązkowej ponieważ brak jej znajomości może wprowadzić Was w lekką dezorientację przy lekturze nowych serii.

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.
Komiks do nabycia w internetowym sklepie Egmontu.