Watchmen by HBO vs Doomsday Clock

„Strażnicy” był dla komiksu tym, czym był proch i elektryczność dla ludzkości. Wcześniej pojawiały się ambitne i godne uznania komiksy z gatunku superbohaterskiego, ale to Alan Moore i Dave Gibbons otwarli ten segment na coś więcej niż infantylne historyjki. Przez lata nie doczekał się on żadnej kontynuacji, uzupełniony jedynie cyklem „Strażnicy Początek”, gdy nagle pojawiły się plotki o komiksowej kontynuacji w postaci „Doomsday Clock” Geoffa Johnsa i Gary’ego Franka, a niewiele po tych zapowiedziach gigant medialny HBO ogłosiło start serialu, również przedstawiającego dalsze losu Doktora Manhattana i spółki. Czy udało im się nie zepsuć legendy?

O serialu do czasu premiery było niewiele wiadomo. Dlatego „Doomsday Clock” silniej zwrócił na siebie uwagę. Komiks ten zakładał włączenie herosów ze świata Moore’a i Gibbonsa do klasycznego uniwersum DC. Okazuje się, że Doktor Manhattan kilkukrotnie interweniował w klasyczny świat DC, blokując na przykład powstanie JSA. Jego dalsze ingerencje, jak i działalność pozostałych herosów Moore’a przyczynia się do globalnego kryzysu z udziałem superludzi. DO tego niebieski ekshibicjonista uwziął się z sobie znanych powodów na Supermana, a obecność Ozymandiasza i Komedianta wcale niczego nie ułatwiała. Do tego doszedł nowy Rorschach i para „jokerowatych” przestępców. Początkowo trzeszczało ono w szwach i dopiero druga jego połowa nieco wyklarowała sytuację. Co więcej, wydarzenia zaczynały być angażujące i Johns jakimś cudem uniknął pójścia w stronę superbohaterskiej sztampy, przy tym nie umniejszając postaciom jak najbardziej sztampowym jak Superman. Co więcej, Człowiek ze Stali odgrywa tu szczególną rolę.

Pozornie cały pomysł na „Doomsday Clock” wydaje się próbą poukładania uniwersum DC po rewolcie „The New 52!”. Okres ten miał kilka ciekawych momentów, ale na dobrą sprawę więcej skomplikował, niż uprościł. Włodarze DC doszli więc do wniosku, że trzeba nieco uporządkować, jednocześnie zdając sobie sprawę, że kolejny kryzys w tym momencie nie wchodzi w grę. Użycie „Strażników” było ryzykowne, ale w dalszej perspektywie może okazać się opłacalne. DC stworzyło sobie wiele ścieżek nowych możliwości, przywróciło kilka elementów, za którymi czytelnicy tęsknili, a jakby tego było mało, wydawnictwo wystawiło piękną laurkę dla Supermana. Dla mnie najistotniejsze jest, że zamysł spektakularnie się nie rozpadł. Całość wyszła całkiem nieźle i cało uchowali się zarówno Batman i reszta herosów, jak i postaci Moore’a i Gibbonsa. Geoff Johns podjął się sporego ryzyka. Zawsze uważałem go za scenarzystę dobrego, ale dalekiego od poziomu Moore’a. Jeden z najważniejszych obecnie ludzi w DC poradził sobie z zadaniem. Napisałbym nawet, że dokonał czegoś więcej, ale tu nadeszła konkurencyjna wizja Damona Lindelofa…

HBO poszło inną zupełnie drogą niż Johns. Dostajemy świat „Strażników” a.d. 2019, gdzie głową państwa jest Robert Redford, maski noszą nie tylko herosi, ale tez policja i rasistowskie organizacje paramilitarne, a Doktor Manhattan rezyduje na Marsie i można do niego zadzwonić. Główną bohaterką jest Angela Abar znana też jako Siostra Noc. Pracuje ona w policji miasta Tulsa, gdzie dekadę wcześniej doszło do masakry lokalnej policji przez wspomnianą zamaskowaną Kawalerię, stąd też maski i pseudonimy. Co jakiś czas pojawiają się incydenty w postaci deszczu małych kałamarnic z „innego wymiaru”, ale prawdziwe tąpnięcie następuje po zabójstwie istotnego policjanta. Tu pochwalić trzeba Lindelofa za wykreowania postaci pasujących do komiksowego wzorca jak choćby Looking Glass i zachowaniu klimatu napięcia oryginału. I nie tylko za to.

Przy okazji Lindelof podjął bowiem tematykę rasizmu i to w sposób nieocierający się o historyczność politycznej poprawności. Wydarzenia mające miejsce w 1921 roku w Tulsie czy realia społeczności Afroamerykanów w latach 50 należy przypominać i to bynajmniej nie aby wywołać niekończące się poczucie winy u białych, ale zrewidować realne fakty, jakie miały miejsce w USA. Zderza z nimi etos superbohaterów, zwłaszcza w postaci Zamaskowanego Sędzi, choć miejscami Lindelof nie uniknął nadmiernego szokowania. Ale czyż Moore i Gibbons nie robili tego samego?

Jak ma się forma przedstawienia obu dzieł do „Strażników” i dziedzictwa tego komiksu? Johns techniczną narracją kontynuuje kultowe dzieło. Podział kadrów, charakterystyczne cytaty, będące zarazem tytułem i kilka innych zagrywek nie pozostawiają wątpliwości, że „Doomsday Clock” jest znacznie bliższe „Strażnikom” niż kolejnemu eventowi świata DC. HBO miało nieco gorzej, ze względu na formę medium, ale klimat wyraźnie wskazywał, że to ten sam, chylący się ku przepaści świat. Ważną kwestią serialu jest jego ścieżka dźwiękowa oddająca „ducha epoki” równie dobrze co ta z filmu Zacka Snydera. Trent Renzor spisał się solidnie i choć serial jest bardziej kontynuacją komiksu, to zazębia się też z kinową produkcją z 2009 roku. W obu dziełach świetnie oddane zostały czynniki jak charakter postaci, brutalność i nacisk na wątki polityczno- społeczne. U Johnsa bardziej związany jest on z kwestią superludzi, choć mały należy mu się mały plusik za obecność samego Putina. Lindelof podchodzi do kwestii superbohaterkich i poza- superbohaterskich z bardziej aktualnej perspektywy, ustosunkowując się zarówno do problemów teraźniejszych, jak i tych z przeszłości. Zrewidował również postać Doktora Manhattana, którego kategoryzowanie na „dobrego” czy „złego” jest niejednoznaczne. Ale i inni bohaterowie dostali należny im czas.

Oprócz postaci z klasycznego DC i nowych postaci świata Lindelofa w obu dziełach duży nacisk położona na oryginalnych bohaterów „Strażników”. Najważniejszą rolę zarówno „Doomsday Clock”, jak i „Watchmen” odgrywa Doktor Manhattan. Jego pojawienie się jest wyczekiwane i pcha fabuły do przodu z siłą lokomotywy. Lindelof i Johns zachowali jego nieludzkie spojrzenie na rzeczywistość, która z jego punktu widzenia nie jest ciągiem następujących po sobie zdarzeń. „Wszyscy jesteśmy marionetkami, Laurie. Ja jestem tylko marionetką, która widzi sznurki“. Ten cytat mógłby być mottem przewodnim obu kontynuacji. Sama Laurie dostaje znaczącą rolę w produkcji HBO, gdzie fenomenalna Jean Smart na nowo definiuję tę postać, kierując ją na tory bliskie Komediantowi. Z kolei Edward Blake występuje za to tylko w komiksie Johna i Franka. Powraca zza grobu, czy raczej do niego nie dociera. Podwójnie za to dostajemy Ozymandiasza, tu i tu knującego i genialnego, choć odrobinę lepiej wyszedł on jednak stacji HBO. Jeremy Irons dał popis sztuki aktorskiej, tworząc nieco zblazowanego ekscentryka, który ponownie ratuje świat. „Doomsday Clock” lepiej znowuż podtrzymał dziedzictwo Rorschacha. Finalnie młody, czarnoskóry chłopak pewnej postaci mającej epizodyczny kontakt z Walterem Kovacsem zachowuje się odmiennie od swego pierwowzoru. W finale zdaje się iść już ścieżką miejskiego herosa, który nie boi się stosować brutalnych metod. Lindelof nie wskrzesił Kovacsa, ale nadał jego maski ksenofobicznej grupie terrorystycznej, która słynny dziennik Rorschacha traktowała jako zbiór dogmatów. Nie ma więc jednoznacznej odpowiedzi, gdzie herosi Moore’a przedstawieni byli lepiej. Powrót Komedianta cieszy, ale to już nie ten sam zakapior co choćby w „Strażnicy Początek”. Z kolei świetna Laurie Blake alias Juspeczyk u Lindelofa nie wykorzystała swego potencjału w pełni, choć i tak dzięki pani Smart zapadła w pamięć.

Po zakończeniu obu tytułów naszła mnie refleksja. Czy kontynuacja „Strażników” była w ogóle potrzebna? Nie pytajmy o zdanie autora komiksu, bo Moore dość srogo podchodzi do mieszania przy jego pomysłach. Finalnie uważam, że bez obu produkcji jakoś byśmy sobie poradzili. Gdy już jednak powstały, nie wzbudzają powodów do narzekania. Lindelof stworzył mocny, kontynuujący myśl komiksu serial, w późniejszym czasie zaakceptowany nawet przez konserwatywnych fanów „Strażników”. Geoff Johns jednym ruchem opanował bałagan świata DC i stworzył sobie furtkę do dalszych historii, które mogą jeszcze otrzeć się o kultowe dzieło Moore’a i Gibbonsa. Podobnie jest z „Watchmen”, gdzie zakończenie to potężny cliffhanger. HBO i Lindelof dementują, jakoby miał powstać drugi sezon, podobnie zresztą też czyni Johns. Wiem jednak, jak działa machina popkultury i podobne deklaracje nie są dla mnie wiążące. „Watchmen” jest dostępne na platformie HBO, z kolei pierwszy tom „Doomsday Clock” zapowiedział już Egmont. Z pewnością nie można sobie tego odpuścić, bo autorzy obu kontynuacji postarali się by stworzyć dzieła na wiarygodnym poziomie. I myślę, że gdyby czasem Alan Moore podszedł bardziej liberalnie do pracy innych z własnym dorobkiem, to wyszłoby to korzystnie i dla niego, i dla fanów.