The Suicide Squad (2021) – Recenzja filmu

Najbardziej wyczekiwana premiera tego lata, a może roku? „The Suicide SquadJames Gunna budził wiele obietnic oraz ogromne oczekiwania. Powód? Gunn podkreślał w licznych wywiadach, że zrealizował w 100% swoją wizję, a po takich filmach jak „Guardians of the Galaxy 1&2” widać, że doskonale rozumie kino superbohaterskie. Czy nowy film DC był dobry? Czy lepszy od tego z 2016 roku? Nie będę trzymał Was w napięciu – był, i to w cholerę dobry!

Fabularnie dostaliśmy zwartą, spójną i nieprzekombinowaną historię. Całość nie jest streszczona w zwiastunach. Zostały one złożone na tyle dobrze, że nie zdradzały zbyt wiele treści filmu – choć przed seansem miałem inne wrażenie. Najlepiej przedstawia to kwestia głównego złego. Nie jest to tak oczywista sprawa na pierwszy rzut oka. Kryje się tu grubsza, bardziej tragiczna historia, która osobiście poruszyła mnie i podzieliła wewnętrznie.

Film jest bardzo brutalny i spełnia obietnice Gunna składane w wywiadach – krew się leje, kończyny latają, mózgi ściela pobliskie ściany, a Gunn nie szczędzi bohaterów na ekranie. Przestępcy żegnają się z widzami na dobre i to od pierwszych minut filmu. Gunn sugerował, żeby nie przywiązywać się do postaci ekranowych, i była to dobra rada. Śmiertelność postaci wprowadziła autentyczność do historii. Nie jest to kolejna powiastka superbohaterska, w której bohaterowie zniosą wszystko, wyjdą z najcięższych sytuacji cało i zdrowo (popularne ostatnio family power). Nie, bohaterowie są tak samo śmiertelni i podatni na sytuacje jak ja czy Wy. Nie brakuje przekoloryzowanych, lekko naciąganych sytuacji, ale nawet one są przedstawione na tyle realistyczne na ile się dało.

źródło: multikino.pl

Śmiertelność bohaterów pozytywnie odbiła się na nieprzewidywalności historii. Można się domyśleć, co czeka nas na końcu, ale ciężko postawić nerkę na konkretny obrót sytuacji, bądź czyjeś życie, skoro Gunn bez hamulców odstrzela postacie w najmniej oczekiwanych sytuacjach. Mając to na uwadze, nie byłem pewny bliżej finałowej walki, czy całość skończy się właśnie w taki sposób, skoro bohaterowie byli w czarnej dupie, a reżyser wcale nie ułatwiał im sprawy.

Nie zabrakło czarnego humoru. Jest go sporo. Humor godny przestępców komiksowych, których ilość została wyważona względem innych poruszaczy serc np. dramatów bohaterów. Nie ma tu niczego za dużo, czy czegoś za mało. Jest tyle, ile powinno, i na tym koniec. A, i żebym nie zapomniał – zwiastuny nie pokazały najlepszych żarcików. Mnóstwo śmiechów i radości przed Wami.

Wizualnie jest to niesamowite kino akcji. Rozkosz dla każdego, co ceni sobie dobre filmy z tego gatunku wyścielone wybuchami, grzmotami, dobrymi wymianami ognia czy walką wręcz. CGI stoi na bardzo wysokim poziomie. Widać, że Gunn i ekipa nie przebimbali budżetu na marne. Wykorzystali go w 100%. Dostrzeżecie to już na samym początku filmu. Osobne uznanie dla osób odpowiedzialnych za kostiumy. Świetne przeniesienie komiksowych strojów na ekran w taki sposób, żeby z jednej strony był ten kicz, z drugiej podejść do tematu na poważnie. Ogromne wrażenie wywarł na mnie kostium Bloodsporta – hełm budził strach, reszta kostiumy wgniatała w fotel praktycznym zastosowaniem, miazga.

źródło: multikino.pl

Mam wrażenie, że świetną oprawę wizualną, niekoniecznie dobrze uzupełniała ścieżka dźwiękowa. Nie była ona zła, miała kilka niezłych kawałków odpowiednio wybranych do wyświetlanego obrazu. Nie było jednak ich sporo, żeby miały wywrzeć na mnie dodatkowe emocje lub na dłużej pozostać w mojej pamięci. Pod tym kątem lepiej zapamiętałem „Suicide Squad” z 2016 roku. Przynajmniej tym broni się film Ayera, ponieważ pod każdym innym kątem wygrywa Gunn – hura.

A teraz najważniejsza część recenzji – obsada. Perfekcyjne castingi i świetnie przedstawione profile postaci w interpretacji aktorów pod batutą Gunna. James kolejny raz pokazał, że czuje ten klimat i postacie. Włożył dużo serducha, żeby wiernie oddać ducha komiksowego i tego, czym charakteryzują się poszczególne postacie, nie wypinając się na to, co już wcześniej zostało położone (Harley Quinn, Amanda Waller, Rick Flag czy Kapitan Boomerang). Powracająca obsada dała ponownie dobre występy, zwłaszcza Margot (Harley Quinn) oraz Davis (Amanda Waller), a nowe twarze… zaskoczyły pozytywnie! Daniela Melchior (Ratcatcher 2) jest sercem tego filmu, zarazem moją ulubioną postacią, David Dastmalchian (Polka-Dot Man) nadał dużo dramaturgii i swojej postaci, która potrzebowała, żeby traumatycznie zobrazować problemy gościa z kropkami w garści, John Cena (Peacemaker) idealnie oddał ucieleśnienie amerykańskiego wzoru, no a Idris Elba był wiarygodnym przywódcą zmęczonym życiem, który chciał mieć święty spokój. Obsada wycisnęła siódme poty, żeby stworzyć bardzo atrakcyjne postacie, zostające w naszej pamięci na długo. Bałem się, że część z nich będzie przyćmiona obecnością mega popularnej Harley Quinn, ale było zupełnie na odwrót. Wręcz Harley była przyćmiewana pozostałymi. James Gunna udowodnił wszystkim, że można stworzyć niezłą historię, nie potrzebującą dopowiedzeń, z mniej popularnymi postaciami komiksowymi bez polegania na sławie Harley i spółki. Dodam jeszcze, że czas ekranowy został odpowiednio wyważony, żeby każda postać została kompletnie przedstawiona. Przynajmniej na tyle, na ile wymagała tego historia. Nie każdy aktor mógł cieszyć się długą rolą, urok obietnic Gunna, ale nawet w takiej sytuacji mamy wykorzystany potencjał.

Skoro omówiłem w skrócie obsadę… Dodatkowa ocena w górę za zwierzęcą stronę mocy. King Shark nie jest jedynym zwierzęcym przedstawicielem, i to było super. Kocham zwierzaczki, a odegrały one ważną część filmu. Prócz tego, dodały filmowi lekkości i luzu, którego od dawna szukałem w kinie superbohaterskim. Świetne wyczucie, a rola Stalone’a niezapomniana. Korzystając z okazji, w tym miejscu chciałbym pozdrowić mojego imiennika – zrozumiecie po filmie.

źródło: multikino.pl

Pamiętacie scenę z baru w „Suicide Squad” Ayera? Scena, która miała być kwintesencją filmu. Miała być, ponieważ została tak pocięta, że wyszedł typowy zapychacz. Gunn zrobił swój odpowiednik i wyszedł on debeściacko. Gunnowa scena była kwintesencją filmu ukazującą niesamowitą więź między bohaterami. Czuć było prawdziwą chemię relacji, a była to przysłowiowa cisza przed prawdziwą burzą akcji.

W filmie zabrakło mi przynajmniej jednej sceny, która podniosłaby mnie z fotela, zerwała adidasy ze stóp lub zmusiłaby do krzyknięcia „o kur…, ale to było dobre”. Nie zrozumcie mnie źle. W filmie mamy mnóstwo świetnych scen, które cieszyły mnie, bawiły, smuciły czy zwyczajnie jarały. Gunn zaserwował istne surferowanie po emocjach potrafiąc przejść z humorystycznej sceny do pełnej smutku, a zaraz dowalając spektakularną wymianę ognia. Nie było jednak takiej sceny, która byłaby dla mnie wybuchającym ładunkiem emocjonalnym, do którego musiałbym wrócić jak najszybciej. Wina ścieżki dźwiękowej? Surferowania po emocjach? Wysokie oczekiwania wobec filmu pod wpływem pozytywnych recenzji i opinii, których naczytałem się przed premierą? Nie mam pojęcia, ale czegoś mi zabrakło do pełni szczęścia.

„The Suicide Squad” jest filmem, którego od dawna potrzebowałem. Filmem, który przede wszystkim potrzebował filmowy świat DC. Czuć, że nie jest to projekt zrealizowany przez gościa, któremu wyłącznie kasa w głowie. Czuć dużo serca włożonego w projekt przez gościa, który jara się tym światem jak ja. Jest to film zrealizowany przez fana komiksów, adresowany do innych komiksiarzy. Dziękuję Jamesowi Gunnowi za ten film z całego serca. Nie jest to idealny czy wybitny film, ale zdecydowanie najlepszy w ofercie DC, który zasłużył sobie na pozytywne recenzje. Oby Gunn zrobił jeszcze wiele tak świetnych projektów dla DC. Człowiek, którego kinematografia superbohaterska potrzebuje.

Dziękuję Multikino za umożliwienie obejrzenie premiery filmu w ich sieci kin.